Wrz 272015
 

Lemmy nad Wisłą to wydarzenie ważne dla każdego, kto lubi heavy metal i dla których Motorhead był jedną z pierwszych kapel, jakie wprowadzały ich w świat ciężkiego grania. Ikoną nurtu jest niewątpliwie Lemmy, który jest starszy niż węgiel i to było słychać na koncercie. Nie mówił już wyraźnie a przy angielskim akcencie brzmiało to miejscami jak bełkot. Na szczęście podczas śpiewania jest już lepiej. Nie wiem, co będzie dalej, ale nie wróży to dobrze dla zespołu. Po prostu Lemmy może już nie wytrzymać. Nie tylko zdrowotnie ale również głosowo. Brzmi już jak dziadek i tego nie zmienią nawet hektolikty whiskey bo z wiekiem wszystko się zmienia. Dlatego cieszę się, że udało mi się ich usłyszeć jeszcze raz – tym razem na osobnym koncercie.

Ten występ zasługuje jeszcze na jedno wyróżnienie – światła. Fenomenalne światła to podstawa dobrego show a te, które miał Motorhead były niesamowite. Wszystko to jest na filmiku więc zapraszam do jego obejrzenia – warto było być i usłyszeć Ace of Spades raz jeszcze…

Maj 142015
 

O szwedzkim Sabatonie pisałem już nie raz – zarówno w kontekście muzycznym jak i okołopolskim. Tym razem nie było inaczej czego chyba najbardziej się obawiałem. Zespół po przebudowie to już nie ten sam skład, który tworzył „Panzerbattalion” czy „Primo Victoria”. Wszystko się zmienia i na Sabaton też przyszła pora. Obecny skład udowadnia, że nie jest gorzej a momentami nawet lepiej.

Do Warszawy Szwedzi przyjechali z dwoma supportami i zagrali na Torwarze. Data mega fatalna z uwagi na to, ze równolegle odbywał się koncert Epicy w Progresji co znacząco wpłynęło na frekwencje obu koncertów. Nie będę się wypowiadać, który byłby lepszy. To są różne style i nie są do porównania choć wielu usilnie próbuje porównywać Sabaton do wszystkiego wykazując jaki to słaby i beznadziejny zespół. Wracając już do samego Sabatonu to Torwar dał dla nich rozmach i sporo miejsca. Dzięki temu mogli ustawić tam swoje najnowsze dziecko czyli czołg z dwoma obrotowymi działami i perkusją ustawioną na jego wieżyczce. Godne przygotowanie pod wojenne metalowanie.

Jeszcze tylko słówko o supportach. Na Frontside nie zdążyłem, ale i nie chciałem się specjalnie spieszyć. Na „Battle Beast” zdążyłem o tyle by usłyszeć jeden kawałek. I tyle wystarczy. Pudel metal pełną gębą, który może gdzieś jeszcze się pojawi w sezonie festiwalowym bo źli nie byli. I wreszcie ostatni, który wystąpił to holenderski „Delain”. Wypadł dobrze i poprawnie, ale bez rewelacji. Charlotte wypadła dobrze, ale nie umywa się to do koncertu sprzed roku czy dwóch w Progresji, gdzie zagrali naprawdę dobrze. Teraz miejscami uderzała sztuczność brzmienia jakby wspomagali się playbackiem. Nie złapałem ich na tym więc nie wiem do końca, ale brzmienie było dziwne. Możliwe też że coś dźwiękowcy spaprali bo wszystkie gitary były walnięte. Jak na jeden kawałek Delain przyszedł zaproszony gitarzysta z „Battle Beast” to było go słychać dopiero w połowie kawałka choć machał wiosłem do samego początku.

Po przedskoczkach przyszedł wreszcie czas na Sabaton i żelazna pozycja otwierająca czyli „GhostDivision”. Bałem się, że Joakim słabnie i nie rozmawia z publiką, ale potem tak się rozkręcił, że jego dokonania na scenie są wyśmienite. Udowadnia tym samym, że nie jest frontmanem  przez przypadek i publika zawsze będzie jego. Nawet jak początkowo wydaje się być obcy. To, co zauważyłem, to poprawiła mu się polszczyzna. Nie dość, że dobrze wymawia szeleszczące wyrazy to jeszcze je rozumie, jak ktoś krzyczy w tłumie. Najwyraźniej kontakty z Polską przyczyniły się do tego czego nie ukrywał parokrotnie wypowiadając się pozytywnie o Polsce i Polakach. Powiedział też jedną ważną rzecz, która bardzo mi pasuje do Sabatonu i do nas, Polaków. Otóż powiedział, że grają dla w wielu krajach i o historii wielu krajów. Wszyscy się cieszą jak to słyszą i są bardzo zadowoleni, jednak Polacy są trochę inni od tych wszystkich. Bo im jeszcze zależy na tym. I to dobre słowa, bo żaden kraj nie przyjmował Sabatonu jako gościa honorowego swojego miasta i nigdzie nie zapraszano go w innym charakterze niż koncertowym. A u nas było inaczej. I to jest mocne. Dlatego nie rozumiem dlaczego taka niechęć do zespołu u wielu metalowców. Bo są znani, bo śpiewają proste, żołnierskie słowa czy dlatego, że są popularni wśród młodych? Lubię ich od roku 2007, gdy usłyszałem ich jako suport dla Theriona i od tego czasu są dla mnie marką nie do podrobienia.

Koncert odbył się według standardów do jakich przyzwyczaili nas Szwedzi – obowiązkowe „Uprising”, „40:1” czy „Primo Victoria” wywoływały szaleństwo wśród publiki. Przerywniki muzyczne pomiędzy kawałkami nie ustępowały w niczym samym utworom, a ich zabawność była kapitalna. Joakim próbujący grać na gitarze, przymierzanie stanika na gitarzyście, picie piwa („jeszcze jedno piwo”) i salut dla nas, Warszawiaków przed „Uprising”. Czołg na scenie prezentował się przednio i choć był bardziej futurystyczny niż historyczny to i tak był równie groźny. Dobrze się tego wszystkiego słuchało, oglądało i syciło oczy. Jeśli jeszcze Sabaton będzie w Warszawie to z całą pewnością pójdę usłyszeć go po raz kolejny. Bo warto.

„Warszawo walcz!”

Paź 262014
 

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie kojarzy „Dragonborn comes” z gry Skyrim. Dobra, może faktycznie przesadziłem, ale motyw ten jest znany dużej rzeszy fanów nie tylko gier komputerowych. Wtedy w zasobach internetów znalazłem fenomenalne wykonanie tego kawałka przez Malukah. To było tak niesamowite, że słuchałem tego jako tło przy robocie przez kilka godzin. Przy tej okazji wpadło mi w oko inne wideo i inny wykonawca – niejaka Lindsey Stirling. Jej wspólny występ z Peterem Hollensem był równie niesamowity. I wtedy przejrzałem to, co drobna Stirling nagrała. A było na co. Niesamowite połączenie skrzypiec, tańca i niebanalnych dźwięków tworzy coś tak fajnego, że gdy była okazja usłyszenia jej na żywo to nie zastanawiałem się długo. I nie żałuję choć ten koncert przeniósł mnie do zupełnie innego świata.

Nie wgryzam się nigdy w biografie czy plotki o muzykach czy zespołach. Często z dość prozaicznego powodu – po co psuć sobie wizerunek muzyczny, który tkwi w głowie. Nie wiedziałem, że Lindsey brała udział w amerykańskim Mam Talent i to od niego zaczęła się jej przygoda z showbiznesem. Nie wiedziałem, że wydawała w sieci i to sama zanim ktoś się do niej zgłosił z solidnym kontraktem. To wszystko było nieważne w obliczu niezaprzeczalnego talentu i unikalnego miksu muzyki z ruchem. Nie jestem zbytnio roztańczony czy obdarzony gracją w ruchach ale potrafię docenić tą umiejętność u innych. W przypadku Stirling jest na co popatrzeć i co posłuchać. Przy takich wygibasach jeszcze potrafi sadzić pasaże na skrzypkach co zasługuje na najwyższy szacun z mojej strony. I wtedy człowiek zastanawia się ile energii może drzemać w ciele. Prosta zależność, że duży może więcej, w przypadku drobnej Amerykanki nie sprawdza się. Półtorej godziny akcji na scenie mogłoby posłać na deski niejednego zwykłego człowieka i to posturą nie wykraczającą poza normalność.

Pisałem wcześniej o innym świecie. Chodzi o ludzi i o support. Z tym bywa różnie, ale teraz czułem się prawdziwie nieswojo. Jak było widać główni odbiorcy tego typu muzyki to hipsterzy, ludzie ubrani w jaskrawe kolory lub nieprzystające do siebie części garderoby. Do tego miłośnicy komórek, kolorowych światełek, tańca z byle powodu i siadania niezależnie od tego, na czym się siedzi. Metalowiec w takim zestawieniu wyróżnia się jak panda na pustyni, ale cóż było robić. Dobrze, że miałem na sobie niebieską koszulkę Alestorm więc jakoś tam wtapiałem się w tłum. Mimo to atmosfera nieprzystawania do otoczenia była. Czekałem tylko na moment, kiedy pojawi się już Lindsey by zakończyć tą niezręczną sytuację. Do tego jeszcze ten support. Zespół podobno zasłużony, ale tak bardzo wpadający we współczesny trend indie rocka, wydumanego rocka granego dla picu i lansu o tym, jak fatalny jest ten świat lub złe są dziewczyny. Ten występ to chyba pierwszy od paru lat, którego czas odmierzałem co pięć minut patrząc na komórkę. Zwykle mówię: „może się podobać” zostawiając mi komfort powiedzenia, że coś jest beznadziejne, ale nie neguję gustu innych :)

Kiedy zaczął się czas dla Lindsey to już nic nie było ważne bo wszystko wypełniły skrzypki, skoczne wygibasy oraz rosnący kontakt z publiką. Nawet ciekawie mówiła, żartowała, opowiadała o sobie i pokazywała na filmie swoje dzieciństwo. Zrobiło się niemal rodzinnie i słodko. Na szczęście więcej było muzyki niż gadania choć dobrze się ją słuchało. To chyba jest jakaś amerykańska moda bo ostatnio na Manowarze było to samo choć w lekko innym wydaniu.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać na taki koncert to szczerze polecam. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość wobec zupełnie innego środowiska, które ściąga do takiej muzyki. Najwidoczniej do dziwnej muzyki ściągają dziwni ludzie. Pewnie dlatego połączenie skrzypiec z nowoczesnymi kompozycjami tak niesamowicie brzmi dla mnie, że aż ciarki chodzą. I  choć sporo w tym dubstepu czy chamskiego popu to dobrze się to słucha. Dla metalowca, który ceni dobrą muzę, będzie to miła odskocznia od ryków przepitych gardeł, świdrujących dźwięków przesterowanych gitar oraz szarpiących nut perkusji.

 

Maj 072014
 

Na Sharon z zespołem byliśmy już kilka razy ale nigdy na Torwarze. Po ostatnim koncercie i popularności zespołu mogło być to miejsce troszkę na wyrost i rzeczywistość pokazała, że była to prawda. To już nie są czasy, gdzie rządziła „Mother Earth” czy „Ice Queen” a piękny głos Sharon był wyznacznikiem klasycznego wizerunku „female fronted metal”. Teraz jest już spora konkurencja w tej dziedzinie i coraz trudniej się wybić. Głos wokalistki pozostał, niezłe kompozycje też, ale popularność się rozmyła.

Nowa płyta – „Hydra” – to wielogłowy twór zasługujący na swoje miano. Zespół zaprosił do współpracy kilku wykonawców z którymi nagrano poszczególne kawałki by nadać im unikatowy wizerunek. I muszę powiedzieć, że to się udało, choć jakość kawałków jest różna. Pojawił się też utwór bliski polskim fanom, który jest śpiewany w duecie z Piotrem Roguckim z Comy. Oczywistą rzeczą było to, ze na trasie w Polsce, zaśpiewa on na jednej scenie z Withinami by bodaj po raz pierwszy zagrać ten utwór razem.

Oprawa koncertu była zbliżona do tego ze Stodoły co nie znaczy, że słaba. Tym razem było istotne uzasadnienie takiego zabiegu gdyż wszystkie kawałki z Hydry, które były wykonywanie z zaproszonymi gośćmi wykorzystywały telebim by tych gości pokazać. Zatem efekt był taki, że Sharon śpiewała swoje a z puszki leciał głos gościnny na płycie. Wyszło nawet fajnie bo do tego dochodziła jeszcze oprawa wizualna i całość się dobrze komponowała. Najlepiej wypadł kawałek „Dangerous”, który na płycie przemknął się, ale na żywo zrobił na mnie największe wrażenie. A że zagrali na koncercie całą płytę bez 2 kawałków, to mogę powiedzieć, że to najlepszy utwór na płycie.

A teraz Rogucki. „The Whole world is watching” czymś wybitnym nie jest ale promocja w radio zrobiła swoje. Ich głosy trochę średnio pasują do siebie i, co jest moim zdaniem, Roguc nie umywa się do mocy Sharon. Jednak wyszli razem, zaśpiewali razem i razem podziękowali publice za przybycie. Był jednak jeszcze jeden szkopuł w tym wszystkim. Nie wiem, czy widzieliście ostatnie stylizacje Piotra. Jeśli nie to spójrzcie. Wygląda jak polski żigolo z najlepszych lat PRL-u i o jakich śpiewał Kazik w dwunastu groszach. I Roguc taki był. Wąs dozorcy, marynarka stróża, koszula Polaka z Egiptu i na nogach różowe crocki. Ja rozumiem wszystko – samodzielność artystyczną, uchodzenie na unikata i osobę nietuzinkową – ale żeby na koncert przyjść w crockach??? To już jest brak szacunku dla innego wykonawcy bo na swój koncert to on może i w kalesonach przyjść a tutaj po prostu nie wypada. Ciekawe czy jakby dostał zaproszenie do filharmonii to też by tak się ubrał? Dlatego był to minus tego koncertu i szkoda, że wypadł on akurat jako największa jego atrakcja.

Koncert był częścią trasy promującej „Hydrę” więc nic dziwnego, że to ten krążek wypełnił koncert. Nie zabrakło na szczęście standardów czyli wspomnianych królowej i matki :) Do tego coverek Lany Del Ray – cover dobry choć piosenka taka sobie. Już bym wolał „Behind blue eyes” ale nie można mieć wszystkiego. Dobrze, że koncert wpadek nie miał i dobrze było posłuchać kawałków przy których WT zaczynał swoją karierę. I to one wyznaczyły jego kierunek. Teraz nie jest źle bo rozwijają się i próbują znaleźć swoje miejsce w zmieniającej się rzeczywistości. Jednak to nie to samo co kiedyś. I nie żałuję. Jeśli mianoby tworzyć coś na siłę to wyszłaby kicha a tak przynajmniej jest co posłuchać. Magia muzyki WT została. Może jest słabsza (perka siadła) to jednak nadal są w niej magiczne nuty. Nie sądziłem, że pójdę jeszcze na koncert Sharon ale jednak się przemogłem i nie żałuję. Atmosfera koncertu, szum z głośników, setki ludzi śpiewających do taktu – tego się nie zapomina i nie jest łatwo od tego uciec.

Maj 292010
 

No good (start the dance)

22 maja to wyjątkowy czas. Jeszcze dwa tygodnie temu nikt nie przypuszczał, że przyjdzie taki czas, że nasza biedna Warszawa będzie na krawędzi ogromnych zniszczeń. Wisła podniosła swoje wody do dramatycznych 780 centymetrów podchodząc pod górę wałów i niosąc groźbę katastrofy. Właśnie 22 maja przechodziła przez miasto fala kulminacyjna, która będzie przechodzić jeszcze przez parę dni. Dźwięki syren, karetki, straż pożarna i policja – wszyscy postawieni na nogi i wszyscy gotowi do działania. I to właśnie w taki to dzień, w takim miejscu odbył się koncert „Prodigy”. Hala Torwaru znajduje się nieco ponad 200 metrów od Wisły, która gniewnie pluskała za wałami. Jak zapewniał organizator: „Wielka fala i „Prodigy” przybyły do Warszawy. Wały wytrzymają a zespół da koncert jakiego nikt się nie spodziewa”. W takich to niesamowitych okolicznościach odbył się koncert, który, w odróżnieniu od innych koncertów na stronie, nie był metalowym napierdalaniem w struny. (Zbych: chcę zaznaczyć że Marcin mieszka kilkadziesiąt metrów od Torwaru więc kwestia powodzi była dość niepokojąca, na szczęście woda zaczęła opadać).

Continue reading »