Cze 012015
 

W przeszłości było mało koncertów, które miały lepsze suporty niż sama gwiazda wieczoru. Czasami wynikało to faktycznej różnicy klas (jak w przypadku koncertu Tristanii i na przedskoczku Van Canto) a czasami z moich preferencji (jak to działo się gdy przyjechała Sirenia mając ze sobą fenomenalnych VisionBleak). Gdy zapowiedziano Sonatę Arcticę to nie podniosło mi to specjalnie ciśnienia, ale gdy zobaczyłem, ze ma przed nimi grać Freedom Call, to zmieniło całkowicie moją perspektywę.

Na dwie godziny przed koncertem okazało się, że wokalista Sonaty zaniemógł po koncercie w Krakowie. Progresja zwracała kasę za bilet ale koncert i tak się odbył, gdyż inne zespoły dały pełne koncerty. Chyba nie muszę pisać, że to było najlepsze co mogło się zdarzyć. Na Niemców z Freedom Call czatowałem już od bardzo dawna i nigdy nie było mi po drodze z nimi. Słuchałem ich kawałków, znałem je niemal wszystkie, ale koncert zawsze mnie omijał. I stało się. Wreszcie.

Koncert zaczęli chłopaki z Twilight Force i dość solidnie rozgrzali nieliczną publikę. Stylizowani na elfy, ze spiczastymi uszami, zagrali skoczny power metal z lekkością i swobodą. Kilka technicznych wpadek nie znaczy nic wobec energii jaką emanowali. I dobrze, bo w takiej muzyce energia to podstawa – w końcu nazwa zobowiązuje.

Freedom Call przyjechało z promocją swojej nowej płyty będącej hołdem wobec wydanej 666 tygodni temu „Beyond Eternity”. Zapowiadał się więc przegląd największych przebojów i nie pomyliłem się. Usłyszałem to, co miałem tylko na krążku a co dobrze jest usłyszeć na żywo, z publiką i energią wylewającą się ze sceny. Hity w postaci „Eyes of the World”, „Flying High” czy „Metal Invasion” rozpalały każdego kto choć raz słyszał te kawałki. Ludzie, którzy ich nie znali i tak kiwali się w ich rytm bo przy tym nie da się stać spokojnie. Kolejne kawałki tylko dolewały oliwy do ognia – „Power &Glory”, „Freedom Call”, „Warriors” i „Land of light”. Wszyscy słuchający stali się wojownikami (hrrrr!!!!) i długo nie puszczali chłopaków ze sceny. Warto było to przeżyć i odżałować Sonatę bo takiej dawki power metalu nie dostałbym, gdyby nie to niefortunne zdarzenie. Stare przysłowie sprawdza się w tym przypadku co do joty – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Bawiłem się dobrze. Mało ludzi nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Oddani fani Freedom Call zrobili niezłe zamieszanie pod sceną a sam zespół był zachwycony przyjęciem. I zasłużyli sobie bo widać, że dawali z siebie wszystko. Tak jakby szansa zagrania pełnego koncertu a nie tylko granie jako suport zdopingowało ich do grania na 100%. I chwała im za to. Power and glory!

Freedom Call in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.