Sie 212013
 

Po sukcesie poprzedniej, pierwszej w Polsce, edycji Metalfestu wiedziałem, że jeśli będzie ona kontynuowana, to będę tam. A ponieważ była, to i moja obecność na jaworzyńskich polach była przesądzona. Po cichu liczyłem na to, że mankamenty poprzedniej edycji zostaną poprawione a do całości dorzucone zostaną kolejne cegiełki ulepszające cały festiwal. W końcu takie wydarzenie na polskiej ziemi musiało zasługiwać na najlepszą obsługę.

Przyjazd do Katowic i zakwaterowanie odbyło się w ekspresowym tempie. Chciałem zdążyć w czwartek na Vargów a oni grali jako jedni z pierwszych. Wymagało to niestety niezłego zgrania pociągów i siły w nogach. Na szczęście do pociągu do Jaworzna wsiadłem wcześnie i bez problemów dojechałem na miejsce. Oczywiście o ile przejazd ponad 40 kilometrów w godzinę można nazwać bezproblemowym. PKP będzie się za to smażyć w piekle. Potem marsz na teren festiwalu przez las i szosę i wreszcie doszedłem do bramek. Od razu było widać poprawę. Sprawnie zmieniłem bilet na opaskę a droga od bramy na pola festiwalowe nie była już tak kręta i słabo oznakowana. Kolejnym plusem były mercze. Nie były schowane gdzieś z boku tylko od razu po wejściu na pastwisko można było tam podejść i zakupić koszulki zespołów. To kolejny plus i poprawa w stosunku do tego, co było rok temu. Tak naprawdę to tylko to bolało mnie poprzednio. Teraz, po poprawie tego, można było już cieszyć się metalfestem.

Day 1

Pierwszego dnia zacząłem Vargiem, którego już widziałem wcześniej przez parę minut, a teraz chciałem być od początku. I dali niezłego czadu. Było gorąco tak, że piwo służyło jako chłodziwo. A Varg, wymalowany i nakurwiający, jeszcze podgrzewał atmosferę. Nieliczne młyny pod sceną kurzyły aż miło. Piasek zgrzytał w zębach, ale to cały urok open airów. Skusiłem się na czerwone książęce, a wybierać można było z Lecha i Tyskiego. Cena oczywiście promocyjna – 2 kupony za kubek 0,4l (a kupon to 3 zeta). Jakby za mało było gorąca to na ostatnim kawałku chłopaki zaprosili chętne dziewczyny do poskakania razem z nimi. Znalazły się takowe i pogański Varg dumnie zszedł ze sceny w otoczeniu rzeczonych dziewczyn.

Kolejnego grajka odsłuchałem tylko z daleka racząc się piwem i wciągając pierwszego tego dnia kebaba. Nazywali się „Vail od Maya”. Chłopaki przyjechały aż z Chicago i growlingując starali się schłodzić publikę. Nie wygrali ze strażakami, którzy polewali wszystkich wodą. Dostało się mojemu telefonowi bo klawiatura na chwilę przestała odpowiadać. Po przesuszeniu było już wszystko dobrze. A amerykance nieźle sobie poczynali. Między ostrym rykiem a melodyjnym śpiewem przechodzili płynnie i dobrze się tego słuchało. A słońce niemiłosiernie prażyło i wysuszało wszystko z człowieka.

Potem zszedłem pierwszy raz na dłużej na boczną scenę. Akurat by zobaczyć „Thaw”. Nie zachwycili mnie bo tworzyli taką kakofonię gitarową, że ani perkusja ani śpiew nie mógł się przez nią przebić. Wokalista starał się jak mógł, nawet ubrał w jeansy i bluzę z trzema paskami, ale nie dał rady. Krzyczał i krzyczał, ale nic nie wskórał.

Przeniosłem się na główną by zobaczyć „Anti tank Nun” czyli zespół Titusa z Acidów. Trochę się zdziwiłem, ale co tam, ważne by grali dobrze. A grali tak jak Acidi, więc tu zaskoczenia nie było. Charakterystyczny wokal Titusa, jego amerykańskie zapowiedzi kawałków i maniera w głosie to jest to, do czego już zdążył nas przyzwyczaić. Dało się tego słuchać i dość dobrze pod to wchodziło piwo. Zaczynało już szumieć we łbie, a dopiero było po godzinie szesnastej.

By ochłodzić się przeszedłem się pod drugą scenę a konkretnie na ławeczkę blisko jeziorka. Wiaterek miło chłodził skórę i a do uszu docierały dźwięki „Belzebonga”. Krakowiacy to taki „Long Distant Calling” tylko grający trochę ostrzej. Miłe dźwięki wchodziły czysto i fajnie się komponowały. Granie w trochę starym, metalowym stylu, gdzie liczba ozdobników na kluczu wiolinowym była nieskończenie wielka. Na dłuższą metę było to nużące, ale dla ochłody wystarczyło.

Tymczasem na główną przywiodły mnie dźwięki knura. Ach, jaka miła nuta dla ucha. To „Cryptopsy” wjeżdżało z korytem i porcją śruty kukurydzianej dla każdego. Dobrze im to wszystko wychodziło. Fajny pig squig choć troszkę nietypowy. Łączony był ze zwykłym śpiewem co pozwoliło na dłuższe kawałki a nie takie minutówki, jakie wycinają zwykle świniarze. Wokalista często zaznaczał, że ostatnią płytę wydali sami i mają nadzieję, że się ją kupi bo warto. Potwierdzam, warto. To taka świńska arystokracja – od tego można zacząć by potem wypłynąć na szerokie wody grindu z Nuclear Vomitem, Gutalaxem, Cock and Ball Torturem czy wreszcie Dying Fetusem czy mistrzem Waking the Cadaver. I pomyśleć, że chłopaki zaczęli swój występ od lecącego z puchy „What is love” Haddawaya :)

I znów zmiana sceny – takie krążenie między jedną a drugą było już poprzednio i nawet dobrze wychodzi bo nie pozwalało zastać się i wymuszało ruch. Przynajmniej nogi się rozprostowują przy takim chodzeniu. A już je powoli czułem. Co prawda dochodziła dopiero szósta czyli jakieś 5 godzin na nogach, ale dla metalu można znieść więcej. I zniosłem takie coś, co się nazywa „Elvis Deluxe”. Wyglądało mi to na metal koncepcyjny, ale koncepcja gdzieś się zmyła i zostało tylko łojenie gitar. Tylko jakieś to takie bez pierdolnięcia i mocy. Bardziej pasowało na hard rock i pitu pitu niż na metal. Pomieszanie Guano Apes z Garbage czy Skunk Anansis.

I wreszcie nadszedł moment na nich – Finntroll. Przebrali za złośliwe elfy z mitologii skandynawskiej zaczęli ostro i nie spoczęli aż do samego końca. Zrobiło się przaśnie i tanecznie. Młyny chodziły we wszystkie strony a przytupywaniem nie było końca. Tylko uszy dla wokalisty podskakiwały w rytm melodii. Norweska lokomotywa rozgniatała kolejne uszy fanów nie biorąc jeńców. Finntroll przyzwyczaił do perfekcji i nie zamierzał popuszczać. Ludzie zaczęli skandować najsłynniejsze polskie zawołanie czyli „Napierdalać!!!!!!!”. Wokalista próbował to powtórzyć zaskoczony żywiołowością ludzi i wyszło coś bliżej „Nakenkala!!!!” ale brawa się należą za próbę. Chyba wiedzieli co to znaczy, ale chcieli zrobić ukłon w stronę polskiej publiki. Czekałem na „Trollhammerera” i się doczekałem. Była moc!!!! Ogień!!! Demoniszcze i Krewetki!!!!!!

Na uspokojenie przeszedłem na „Corrupion”. Początek wzięty z Titty Twister i monologu Marina o pussies nastrajał pozytywnie, ale szybko się skończyło. Napierdalali ostro, postawili ścianę dźwięku i tyle. Do tego dziwny wokal robił swoje. Wbiłem się w żurek, który zalatywał wodą i w kiełbasę, której nie dało się przebić łyżką. Spotkałem też starego znajomego z poprzedniego metalfestu. Jak byśmy nie widzieli się nie rok a tydzień. Bardzo, bardzo pozytywne doznanie. I dobrze, że ludzie pojawiają się i nadal są metalowi.

Posilony miałem siły na stanie i obejrzenie „Kata”. Nigdy ich nie widziałem to była dobra okazja. Pewnie te parę lat temu byłoby dobrze, ale teraz to już nie to samo. Romek dziarsko rzuca się na scenie, macha rękami i czasami zachowuje się jak paralityk. Moc jest, ale taka nijaka taka. Może zmęczenie dniem już dało się we znaki i dlatego dostało się „Katu” za osłabienie organizmu. Zagrali nawet nieźle, bo współcześnie. Jak wielu innych. To pewnie dlatego jakoś mi nie weszli. Dużo ludzi przyszło i słychać było że sympatia do KATa jest po stronie Romka. Nie ma się co teraz sprzeczać kto i kiedy. KAT z Romkiem zagrał i przypomniał się wszystkim tym, którzy dawno go nie słyszeli. Ja ich usłyszeć chciałem, ale na samodzielny koncert się nie wybiorę.

Wieczór zapadał powoli. Komary zaczęły swoje polowanie i robiło się wreszcie chłodniej. Na małej scenie zagrało coś, co się nazywa „Karma to burn”. W całości instrumentalny występ z początku był monotonny i bez kopa. Jakoś tak przepływał z gitarą nad nutami usypiając. Jednak z każdą minutą robiło się coraz ciekawiej i coraz bardziej interesująco. Opanowanie gitary przeszło w wirtuozerię a grane melodie zaczęły być wewnętrznie ciekawe i warte zagłębienia się w nie. Muzyka do posłuchania z całą pewnością, ale też i do posmakowania bo warto. Szkoda tylko że tak rozgrzewka długo trwała.

I na koniec dla mnie (bo na pociąg się spieszyłem) wystąpił „Accept”. Niemaszków nie trzeba przedstawiać. Nie trzeba też mówić i pisać, że wymietli. Publika szalała, dmuchany rekin szalał na rękach unosząc się niemal jak na wodzie. A jak zaczęto polewać go wodą, to ożył i radośnie skakał pomiędzy stronami placu. Ten zespół to taka marka, że tu nie ma miejsca na wpadki czy słabszy występ. Co prawda wolę i tak Udo, ale ten wokalista też się broni. Dziś był jakiś taki przygaszony głosem, może coś z nagłośnieniem było nie tak? Mimo to miło się tego słuchało a „Balls to the Walls” słyszałem idąc przez las do pociągu.

Dzień był udany i spełnił moje oczekiwania. Zdążyłem na wszystko, zobaczyłem to, co chciałem i nie musiałem narzekać na bolączki z poprzedniej edycji. Jedyny minus wyciął nie do końca organizator a PKP. W zeszłym roku chodził pociąg o północy, który wypadał akurat na zakończenie festiwalu i można było w spokoju zdążyć do Kato i zobaczyć gwiazdę. Tymczasem pociąg ten był tylko w piątek a w inne dni odjeżdżał o 22. Czyli trzeba było zwijać się wcześniej by zdążyć (bo następny był o 5 nad ranem). Normalnie krew człowieka zalewa, że nie zorganizowano tego jakoś inaczej. Organizator mógł albo dogadać się z PKP albo coś zorganizować w formie transportu. Ten podobno miał być choć kursował tylko do Jaworzna, ale ani razu nie wydziałem nawet znaczka. Branie taksówki mi się nie uśmiechało a szwendanie po nocy nigdy nie było bezpieczne. Już i tak policja mnie zatrzymała w Jaworznie bo czekałem na pociąg i chciałem się przejść. Ostrzeżono mnie bym specjalnie nie chodził daleko bo miejscowa młodzież dokazywała i można było dostać w zęby. Wróciłem na peron, gdzie czekałem na ten pociąg co miał być o 22 a opóźnił się o godzinę. Miałem dość. PKP zawaliła na całej linii. Organizator też się nie popisał nie zapewniając transportu do większego miasta okolicznego (poza Jaworznem co nic nie dawało). Może za rok będzie lepiej? Trzeba wpisać to do nich na forum by się zastanowili nad tym.

Przed północą byłem już na miejscu. W „Gościńcu” na dole łupała dyska. Przez okno na korytarz wpadało światło z bladej żarówki. Ciepłota zabijała wszelkie przejawy aktywności i nie chciało mi się nawet odpalać laptopa. Położyłem się tylko, przykryłem prześcieradłem i odpadłem. Czarna dziura snu zamknęła się nade mną i wypuściła dopiero nad ranem.

Paź 072011
 

Dzień 2 – Czarna Msza.

Piątek rozpoczął się późno. Dopiero koło południa daliśmy radę się ruszyć i być w miarę przytomnymi. Śniadanie, Inwejżion i arbuz z Alberta zrobiły swoje. Na takie upały, które się zrobiły, arbuz to najlepsze co może być. Szczególnie, że kosztował 7 koron za kilogram czyli nieco ponad złotówkę. Na niebie znów miks słońca z chmurami. Prażyło i było duszno co zapowiadało burzę. Co jakiś czas konkretnie przepadywało co widzieliśmy z okna podczas grania w karciochy. Strugi deszczu lały się równo i czyściły powietrze z pyłu i smrodu okolicznych pól. Jednak nie na długo, bo po kilku godzinach znów było duszno i parno.

Tak to wyglądał początek piątku. Przez nasze zbieranie się nie zdążyliśmy na początek koncerciku Varga, ale dane nam było ich zobaczyć w pełnej krasie. Wreszcie. Od tylu festiwali nam umykali aż wreszcie dopadliśmy Wilki. Wymalowani na czerwono-czarno, śpiewający chropawymi głosami, z ultraszybkimi gitarkami pokazali, że warto było na nich czekać. Nakurwiali aż miło pokazując, że dzisiejszy dzień będzie należeć do black i death metalu. Czesi w klapkach umykali spod sceny gdzie co i raz rozkręcał się młyn. Mastersi wchodzili w swoją najlepszą fazę.

Continue reading »

Lip 122011
 

W tym roku Mastersi prezentują się całkiem okazale i nawet składem przebijają ubiegłoroczną edycję. To już za kilka dni więc jeśli jeszcze ktoś chce się załapać to ma ostatnie minuty na podjęcie decyzji i spakowanie gratów.

Dla tych, którzy jednak nie będą w Czechach przygotowaliśmy krótki spis tego, co będzie można posłuchać i pooglądać w Vizovicach. Autorem opisów jest Zbych – w tym roku jego kolejka była :) Cieszcie oko i żałujcie, że was tam nie będzie.

Czwartek, 14 lipca

Fleret (CZ) – Czeski folk-rock

Dark Gamballe (CZ) – Czech Industrial Metal :)

Alestorm (UK) – Chłopaki z Perth w Szkocji. Muza inspirowana pirackim brzmieniem określanym mianem „Pirate Metal”. Wesołe brzmienie, skoczne rytmy o pirackich kapitanach, bitwach morskich, skarbach i potworach z głębin. Skocznie, energetycznie i z JARRRRRRR.

Virgin Steele (USA) – Amerykański zespół grający heavy/power metal, z elementami symfonicznymi i progresywnymi. Założony w 1981 przez Jacka Starra. Od tego czasu wydali 12 albumów. Klasyczne brzmienie. Na ich koncie jest również działalność Metal Operowa. Mocne staroszkolne granie.

Bonfire (GER) – Heavy Metal z Niemiec. Założony w 1972 roku. Grupa z dużym dorobkiem muzycznym.

Amorphis (FIN) – Powstali w 1990. Początkowy death doom został zamieniony na melodic death metal po zmianie wokalisty w 2005. Nazwa pochodzi od słowa Amorphous – bezpostaciowy. W tekstach nawiązują do takich zagadnień jak śmierć, wojna, lokalne legendy oraz fińskiego poematu epickiego Kalevala. Spory dorobek albumowy. Dobra muza. Continue reading »

Lip 082011
 

Miesiąc po wyprawie na Rhapsody znów nas wyniosło w teren – tym razem do Kraka. A celem było na nie byle co – Pagan Fest. Obrządki pogańskie w dzień 21 marca szczególnie dobrze się nadawały, gdyż był to pierwszy kalendarzowy dzień wiosny. A zatem mieliśmy do czynienia z prasłowiańsko-nordyckim przesileniem wiosennym. Zbysiu i Ania byli w Kraku już od niedzielki, Ja natomiast miałem dojechać później bo przecież w robocie jak zawsze znajdą ciekawsze rzeczy do robienia niż koncercik Korpiklaani. Na szczęście wszystko się udało i ostatecznie po robocie ruszyłem na pociąg i dojechałem do Krakowa. Po kilku godzinach świętowanie można było zacząć.
ZBYCH: Jak Marcin wspomniał Kraków zdobyliśmy już w Niedzielę około 14.00 za sprawą naszego Wilka. Trasa minęła w rytmach muzyki zapuszczanej przez Anię, więc za dużo szarpidrutów nie było. Za to poznałem ostatnie radiowe hity będące wtedy na czasie. Po przybyciu do Krakowa, nie obyło się bez wieczornego wypadu na spacer, również aby coś zjeść. W pierwszej kolejności pomyślałem o standardowym kotlecie ale bez Marcina Mega-Kotlet to nie to samo. Finalnie wylądowaliśmy w Sioux’ie, takiej krakowskiej odmianie Sfinksa. Ku naszemu zaskoczeniu, całość utrzymana była w fajnej kowbojskiej konwencji, łącznie z menu i kelnerami (i uroczymi kelnerkami). Poszliśmy z Anią po całości wybierając dania dnia. Na moim talerzu pojawił się konkretny kawał steku, kolba kukurydzy, opiekane ziemniaczki oraz sałatka warzywna. Niebo w gębie. Tak pysznego żarełka dawno nie jadłem poza domem.
Kolejnego dnia, gdzieś około 11.00 ruszyliśmy z Anią na spacer, między innymi odwiedzić Wawel i na własne oczy zobaczyć grobowiec zmarłego w katastrofie prezydenta Kaczyńskiego. Po drodze, spacerując wzdłuż Wisły zobaczyliśmy sporą brygadę dzieciaków z Marzannami. Wtedy to do nas dotarł fakt że to pierwszy dzień wiosny. Podsumowując, Smok ział ogniem jak trzeba, na Wawelu wszystko po staremu, grobowiec elegancko odwiedziliśmy, później spacer po Rynku i oczekiwanie na Marcina.
Tuż przed koncertem, postanowiłem że nie godzi się aby Marcin nie posmakował tego co wczoraj mnie rozłożyło na łopatki. Stek zniknął w zastraszającym tempie. To był Good Kill.

Continue reading »