Paź 262013
 

 

“The Preacher’s call to tell you all

He saw damnation in his crystal ball”

Lipiec od zawsze był wyjątkowy z racji festiwali. Szczególnie, że zwykle było miejsce na nie zarówno w Polsce (Castle Party) jak i w Czechach (MOR). Ten rok wprowadził istotną zmianę. Impreza w Bolkowie przesunęła się o kilkanaście dni wcześniej. Zwykle ostatni weekend lipca był jej a teraz wypadł środek miesiąca. To wprowadziło potężną kolizję z MOR-em, który jest równie dobry choć nie tak specyficzny. Jednak muzycznie są bardzo podobne i dają podobne doznania. Jednak nie posiadam zdolności translokacji i musiałem wybrać na co pojechać. Nie tylko mnie to dosięgło bo wielu znajomych też rozważało poważnie, co usłyszeć. Ostatecznie wygrał MOR bo jest bardziej zróżnicowany, tańszy i dłuższy. Dzięki uprzejmości samochodowej miałem zapewniony transport więc nie pozostało nic innego jak tylko oddać się muzie i posłuchać co przygotowali Czesi w tym roku.

Jednak zanim o samym mięsie muzycznym to jeszcze chwila nad organizacją. Co roku jest niemal tak samo i widać, że przygotowania są na całego. Zabezpieczone miejsca parkingowe, pola wymiotowe ciągnące się już od zjazdu na kurort Luhacovice i organizacja ruchu już na samym polu festiwalowym. Podoba mi się to wszystko bo przynajmniej wiadomo co i gdzie. Jedynym minusem, choć raczej wynikającym z mojego roztargnienia, było zamieszanie z kubkami. Kubki do napojów były klasyczne, plastikowe, wymienialne przy kolumienkach na kolejne. Trzeba tylko zapłacić kaucję. Podobne kubki, ale z nadrukiem mastersowym, można było kupić na stoisku z oficjalnymi merchami, ale nie nalewano do nich piwa i nie wymieniano. Zatem by się napić piwa i tak trzeba było wykupić zwykły kubek. Jakaś tam wywieszka o tym wisiała, ale nie zauważyłem jej i chwilę postałem zanim Czeszka przy piwie wyjaśniła w czym rzecz. Reszta była już w porządku. Koszulki, jak co roku, nie zachwycały ale z obowiązku trzeba mieć. Gadżetów było nawet sporo i każdy mógł sobie coś wybrać – od latarki po opaski na głowę. Program też był – i jak zawsze za wszystko trzeba było płacić oddzielnie.

W tym roku zapowiadało się całkiem nieźle biorąc pod uwagę występ kilku zespołów, które chciałem zobaczyć ze zwykłej ciekawości. Ich usłyszenie w Polsce byłoby niemożliwe, bo nadal sporo tras omija Polskę mimo że to takie dobre miejsce do koncertowania. I często, po długiej nieobecności, wszyscy się przekonują i dziwią, że jeszcze  u nas nie byli. No, ale to może takie patriotyczne podejście choć dobrze tłumaczy wiele takich tekstów, które dało się słyszeć nie raz ze sceny. Dzięki większym imprezom dość blisko naszych granic – jak MOR czy BA – można naprawdę wiele usłyszeć i poczuć choć troszkę powiew wielkiego metalu z całego świata.

“Warning from the bible of the beast
Never trust a werewolf from the east”

Pierwszy dzień nie jest za długi. To taka rozgrzewka przed resztą festiwalu, ale już z gwiazdami i wielką pompą. MORa otwierał, jak kilka lat temu, Fleret. To miejscowa kapela rockowa, którą znają wszyscy. Wszyscy Czesi oczywiście. To też dobry moment by rozejrzeć się wokół – szczególnie rzucić okiem na stoiska i zabawy ludyczne. To też jest nieodzowny element MORa. Masa pierdółek wszelkiej maści i jakości – od płyt i naszywek po dmuchane gitary, kolczyki do nosa i lateksowe maski zombie na twarz. Na placu niedaleko bocznej sceny rozstawiło się miasteczko rozrywki, gdzie można było wejść na dmuchaną ściankę, powalczyć w puchowych strojach zawodników sumo oraz skoczyć na bangee. Ja z tych atrakcji wybrałem sobie zrobienie puszki coli z moją ksywą. Kosztowało to 35 koron więc nie majątek a pamiątka jest przednia.

A wracając na główną scenę to wypełniło ją mocne trio w postaci Arkony, Primal Fear i Grave Diggera. Niemal klasyka festiwalowa i to w dodatku już oglądana w tym roku. Masza i reszta kapeli jak zawsze żywiołowa i w słowiańskim żywiole. Klapki tylko furkotały jak ludzie wpadali w młyn. Spokojnie było na Primalach bo to już starszy zespół, ale ogień też był – szczególnie na „Metal is forever”. I wreszcie Grave Digger w szkockich klimatach. Obowiązkowe wykonanie „Rebelliona” odbyło się chóralnie i z pompą. Co prawda nie było spódniczki i dud, ale i tak było fajnie. W międzyczasie chodziłem na drugą, mniejszą scenę by zobaczyć jak dają sobie radę mniejsze zespoły. I dawały radę. Co prawda przypominało to trochę garaż, ale na pewno występ na takiej imprezie będzie dla nich czymś wyjątkowym. I wielu ludzi też tak sądziło, skoro przychodziło oglądać i posłuchać kogoś na mniejszej scenie. Nie pamiętam teraz, kto jak grał, ale posłuchać było można.

“We are devils in disguise
We’re the demons of the night”

Drugi dzień już poważniejszy i znacznie cieplejszy. Upał był potworny i tylko arbuz ratował sytuację. Dobrze, że pod Sole jest Albert więc zaopatrzenie było bezproblemowe. Sjesta trwała jakiś czas bo w słońcu nie dane było wytrwać. Zaplanowałem na dzisiejszy dzień zobaczenie „Elvenkinga” i później „The 69 Eyes”. Dzięki temu przynajmniej przez godzinkę poczuje się jak w Bolkowie. „Elvenking” dał radę choć studyjnie z ozdobnikami brzmią ciekawie niż prezentowana na surowo dawka power metalu. Goci dla odmiany brzmieli dobrze i ciekawie. Nagłośnienie dało radę i ten pierwszy raz z nimi nie był niczym zakłócony. Dobry koncert wieczorową porą był czystą przyjemnością. I nawet bramboraki, które znikały wokół w tempie wody, nie przeszkodziły swoim zapachem w odbiorze niemaszków. Na mniejszej scenie zaś furorę zrobiła „Good Girl Maggie”. Polacy z Cieszyna i z fajną laską na wokalu dali radę i byli bardzo dobrze przyjęci. Muzycznie jeszcze surowo brzmią, ale za to mają chwytliwe kawałki. Komentarze początkowo po angielsku szybko przeszły na polski. W końcu Czesi też to rozumieli więc nie trzeba było się gimnastykować. Ciekawy występ był znacznie lepszy niż grający na głównej „Prong”. I to pokazało, że czasami tutaj lepiej grają niż gwiazdy. Tutaj zaczynał przecież Dymytry, który w niedzielę zagrał już na głównej. Jak widać, można się wybić jeśli ma się pomysł i uparcie dąży do celu.

Bardzo byłem ciekaw Rage z orkiestrą symfoniczną i nie zawiodłem się. Surowe kawałki w orkiestrowej aranżacji zawsze chwytają za serce. W dodatku grane z zespołem więc przy wspomaganiu metalowym. Bardzo ciekawa koncepcja i bardzo udany występ. Ten zespół orkiestrowy – Lingua Mortis Orch – wydał swoją płytę i nie wiem, czy jej nie zakupić. Mają swoje kawałki a nie tylko covery więc byłoby co posłuchać. Pewnie drugiej Apocalypticy z tego nie będzie, ale inicjatywa jest nad wyraz ciekawa.

“All we pray, alone we can’t decide
Catholic in the morning
Satanist at night”

Trzeci dzień czyli sobota już była chłodniejsza i deszczowa. Skoki temperatur były duże i można było się załatwić jak się nie pilnowało. Jakoś udało się bez chrypy i kaszlu przebyć tą zmianę i z trdlo migdałowym w ręku zameldowałem się pod sceną. Na dziś przewidziałem kilka ciekawych punktów choć głównie powtórkowych, ale za to jakich. Obowiązkowa rundka po merczach nie ujawniła niczego nowego. W miasteczku też nic nowego. Coraz więcej za to było ludzi idących na azymut, śpiących pod zaszczanym płotem i patrzącym wokół niewidzącym wzrokiem. Takie są prawa festiwalu i nie wierzę, że na Woodstocku nie było pijanych i nie palono trawy. Chwalono się tym, ale to propaganda, której kłam zadaje każdy inny festiwal, na którym byłem. Skoro na mniejszych jest to dość częsty widok, to przy ponad pół milionowej widowni jest to pewnik. I żadna propaganda tego nie zmieni.

A muzycznie zaczęło się od fińskiego „Waltari”. Spokojnie i bez problemu wprowadzili oni przeciętnym występem w klimat konieczny dla „Moonspela”. A ci, jak przystało na profesorów metalu, rozwalili wszystko wykonaniami, których każdy zazdrości w ich repertuarze. Nie zabrakło hitów z dawnych lat i z tych całkiem nowych. „Full moon madness” zawładnął Czechami w pełni. A po nich przyszła kolej na potwory z Finlandii czyli “Lordi” w pełnej krasie. To showmani pełną gębą – nie dość, że mają niesamowite lateksowe stroje to jeszcze pokazują mini scenki obrazujące różne sposoby zgonu. Jest świecący topór, piła motorowa, sypiące iskrami gitary, wybuchy oraz petardy. Do tego przegląd wszystkich hitów – czyli bez „Rock Hallelujah” nie mogło się obyć. Publika szalała i cieszyła się z każdej sceny, którą pokazywał „Lordi”. To miłe zakończenie dnia bo już na Yngwie nie starczyło mi sił. Wiedziałem jak gra i dobrze jest go posłuchać na słuchawkach, ale na koncercie, który miał być do północy już niekoniecznie. Jeszcze szybkie wejście na bramboraka, oblecenie merczy i do hotelu „Sole”. Trzeci dzień można uznać za zakończony.

“And we all
Die, die, die tonight
Sanctified with dynamite
Die, die, dynamite
Halleluja!”

Niedziela wstała deszczowa, choć dość szybko się rozpogodziło. I całe szczęście bo stanie w deszczu nigdy i nigdzie nie jest przyjemne. Dłuższy odpoczynek niż zwykle należał się – tym bardziej, że dziś będzie dłużej i znacznie intensywniej. Zaczęło się od „Xandrii” – miły występ na początek ostatniego dnia festiwalu. Już ich słyszałem a zespół należy do czołówki female fronted metal. Ciekawy wokal i poprawne wykonania choć jakoś nie urzekły. Oczywiście nieśmiertelny „Ravenheart” musiał być. To ich największy przebój i jak na razie jedyny. Szkoda że takiego potencjału, jaki jest w tej piosence nie przekuto na inne. Może kiedyś?

„Sanctuary” przeszło bez echa. Wykonanie nawet niezłe i dobre na wczesny obiad w postaci kureci meso i opiekane bram borki. To wystarczyło by zdążyć na Anneke van Giersbergen. Byłej jej ogromnie ciekaw. Była w Warszawie kilka miesięcy temu ale nie poszedłem. Dziś miałem to nadrobić i ocenić czy ładniejsza część „The Gathering” ma nadal pazur. No właśnie. Wynudziłem się koszmarnie. Kawałki były jakieś takie płaskie, bez polotu i śpiewane tak jakby śpiewała to Sipińska a nie Anneke. Wyszedłem w połowie by obejrzeć merche i zobaczyć co dzieje się na małej scenie. I nawet kawałek „The Gathering” nie brzmiał tak, jak w zespole. Słysząc to nie żałowałem, że nie byłem w Wawie na jej koncercie. Byłbym jeszcze bardziej zawiedziony. Choć może w klubie łatwiej by trafiło to do mnie niż na dużej scenie. Ale trudno, stało się. Obecnie ani Anneke ani zespół nie brzmią tak, jak kiedyś razem. Coś się skończyło i coś się zaczęło. Jeszcze zespół kupuję, ale solówkę pani odpuszczam.

Po niej na scenie pojawił się duet dość nietypowy, ale jak popatrzy się na skład zespołów to nawet logiczny. „Leaves Eyes” i „Atrocity” razem na scenie to jak ogień i woda. Zjawiskowa Liv z nieokrzesanym Niemcem. Delikatność brzmienia z metalowym łojeniem (dobra, nie każdy uważa że Atrocity to metal, ale nie brzmią przynajmniej jak Justin). Takie połączenie jest jednak możliwe. Muzycznie kiedyś występowali razem jako „Theathre of Tragedy” (chlip!), prywatne byli nawet małżeństwem. Obecnie każdy ma swoją drogę zawodową i prywatną. Spotkali się na scenie, przywitali, ucałowali i zagrali razem „Shout”. Dla mnie Atrocity to coverki i nic tego nie zmieni. Grają co prawda swój materiał, ale jest on tak przeciętny, że na koncercie prześlizgnąłem się nad nim. Szczególnie, że dużo lepiej zaprezentował się performance, który Niemcy przywieźli ze sobą. Obejmował on taniec dwóch rozebranych do bikini panienek. Dobrane były ze smakiem i widać, że tańczą profesjonalnie dla mniejszej widowni. I to okazało się dużo lepsze niż muzyka. Trochę szkoda, ale przynajmniej każdy patrzył się na laski a nie na zespół. Liv zagrała jeszcze jeden kawałek razem z Niemcami a potem zaprezentował się jej zespół. To tylko kawałek „ToT” i to słychać. Idealne połączenie delikatności z brutalnością dawało wtedy mieszankę nie do podrobienia. Teraz tego nie ma i brzmienie jest dużo bardziej przeciętne. Tym bardziej, że zespołów ffm jest już tak dużo i w naprawdę dobrej jakości muzycznej, że trzeba szukać czegoś unikatowego. „Leaves Eyes” to nadal czołówka ffm – to się nie zmieni. Jednak w porównaniu z „ToT” wypada przeciętnie. Mimo to podwójne wystąpienie było ciekawe i dość urozmaicone. Dzięki laskom nie wynudziłem się do końca a ciekawość oglądania obu zespołów po raz pierwszy wypełniła skutecznie czas i uszy.

Przerwa po podwójnym uderzeniu nie trwała długo. Tym bardziej, że potem miał zagrać „Powerwolf”. „Powerwolf”. Celowo dwa razy bo w powermetalu ostatnich lat chłopaki wymietli wszystko, co było do wymiecienia. Szczególnie w dziedzinie wampirów, religii oraz wilkołaków. „Sabaton” trzyma część wojskową, „Blind Guardian” i „Rhapsody” – fantasy, a „Powerwolf” – wiarę. Koncert był zajebisty. Co prawda podobny do tego z Metalfestu i do tego sprzed roku, ale co tam – Atillę można słuchać non stop a skoczne rytmy „Werewolf from Armenia” czy „Sancify with Dynamite” albo „Ressurection by erection” zostają w głowie jeszcze parę tygodni po koncercie. Jeśli jeszcze nie słyszałeś Powerwolfa to natychmiast to nadrób. Takiej radości z grania już dawno nie słyszałem a energia ładująca metalowe serce bije z każdego kawałku. W zasadzie na tym miłym akcencie można było zakończyć. Jednak na wieczór przewidziano coś specjalnego.

Wiedziony ciekawością i przymuszony tłumem zostałem na koncercie „Avantasii”. Dali 3 godzinny koncert w postaci metal opery wykonywanej specjalnie na MOR. Scenografia, kompozycje, orkiestra i cała reszta była na najwyższym poziomie. Wszystko wysmakowane i podane z pietyzmem. Nic dziwnego, że Czesi ich uwielbiają. Jakbym powiedział coś złego na Avantasię, to pewnie był został zatłuczony klapkami na żywca. Nie dotrwałem do końca. Jak dla mnie było to zbyt monotonnie. Nie znam aż tak bardzo Avantasii by wytrwać na ich specjalnym koncercie trzy godziny. Po godzinie dałem spokój i wyszedłem odprowadzany wzrokiem wściekłych Czechów, którym przeszkodziło się w celebrowaniu chwili. Godzinka jak dla mnie wystarczyła. Gdyby to była Metallica albo R+ to i cztery by się wytrzymało, ale nieznany zespół odpuszczam.

I to tyle z tegorocznego MORa. Było fajnie choć w składzie obejmującym moją osobę i ludzi, którzy mnie podwieźli. Jednak muzycznie trochę się działo. Czy byłoby tak samo jak na Castle Party? Nie wiem. Nie chcę żałować tylko pamiętać, że to był dobry czas. Pozostaje CP za rok, które znowu jest wcześniej i znów zahacza o MORa. Trzeba będzie uważniej popatrzeć na składy i zdecydować. A póki co „Powerwolf” rządzi i udowadnia, że moc jest wielka.

“When the moon is high
Told you soon will die”

 

Brutal Assault 2012 – part 3

 Relacja  Możliwość komentowania Brutal Assault 2012 – part 3 została wyłączona
Wrz 212012
 

Pozostał ostatni dzień batalii na Brutalu. Dziś zagrają ostatnie gwiazdy i już jutro czas zbierać się do domu. Jednak to nadal jeszcze jeden dzień, który przyniósł naprawdę sporo wrażeń. Zaczęło się skromnie bo od mleka, które kupiliśmy a które okazało się kefirem. Mleko, które wcześniej kupiliśmy, zmroziła nasza lodówka na kamień. Jednakże śniadanko przy takich zasobach, jakie mieliśmy było ucztą. Co prawda arbuz zamienił się w lodową bryłę, reszta jedzonka przetrwała lodowy atak lodówki i można było dokończyć paprykowe kiełbaski, parówki z serem czy serek i dżemik. Nawet przemykający Terror coś mało się odzywał i nie był już taki ochoczy do rozmów. Niemiecka para oczywiście wcześnie z rana zwinęła się i umknęła. Wyglądali na niewyspanych ale to niemożliwe, gdyż od 2 w nocy już była cisza i można było przespać całe 7 godzin. Na nas też przyszedł czas bo na dziś zaplanowaliśmy spacer do lasu. A tam…

Continue reading »

Paź 072011
 

Dzień 2 – Czarna Msza.

Piątek rozpoczął się późno. Dopiero koło południa daliśmy radę się ruszyć i być w miarę przytomnymi. Śniadanie, Inwejżion i arbuz z Alberta zrobiły swoje. Na takie upały, które się zrobiły, arbuz to najlepsze co może być. Szczególnie, że kosztował 7 koron za kilogram czyli nieco ponad złotówkę. Na niebie znów miks słońca z chmurami. Prażyło i było duszno co zapowiadało burzę. Co jakiś czas konkretnie przepadywało co widzieliśmy z okna podczas grania w karciochy. Strugi deszczu lały się równo i czyściły powietrze z pyłu i smrodu okolicznych pól. Jednak nie na długo, bo po kilku godzinach znów było duszno i parno.

Tak to wyglądał początek piątku. Przez nasze zbieranie się nie zdążyliśmy na początek koncerciku Varga, ale dane nam było ich zobaczyć w pełnej krasie. Wreszcie. Od tylu festiwali nam umykali aż wreszcie dopadliśmy Wilki. Wymalowani na czerwono-czarno, śpiewający chropawymi głosami, z ultraszybkimi gitarkami pokazali, że warto było na nich czekać. Nakurwiali aż miło pokazując, że dzisiejszy dzień będzie należeć do black i death metalu. Czesi w klapkach umykali spod sceny gdzie co i raz rozkręcał się młyn. Mastersi wchodzili w swoją najlepszą fazę.

Continue reading »

Paź 052011
 

Masters of Rock 2011 rozpoczął się w tym roku mniej widowiskowo niż poprzednio. Nie przedziurawiła się żadna opona, nie było potwornych temperatur i nie spieszyliśmy się z czasem by dostać się na czas do nieznanego Zlina. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i bez problemów. Pojechaliśmy trasą inną niż zwykle – ani nie na Kraków, ani nie na Katowice. Urokliwa trasa przez Włoszczową dawała sporo nowych wrażeń estetycznych dotyczących piękna polskich off-roadów. Pogoda dopisywała, bo nie było za gorąco a słoneczko nie prażyło bez opamiętania. Jednak powiedzieć, że nie świeciło, to nadużycie. Czerwona od ciągłego nasłonecznienia zbysiowa ręka była dowodem w tej sprawie, ale to była drobnostka.

Przemknęliśmy przez Polskę jak Niemcy w trzydziestym dziewiątym i stanęliśmy w Cieszynie na tankowanie i standardowy zakup winietki. Ostatnie spojrzenie w tył na Polskę i już za parę minut Wilk gniótł kołami czeską autostradę. O dziwo było na niej więcej samochodów niż zwykle. Czyżby Czesi wreszcie zaczęli wykorzystywać to, co mają? Liczba aut nie sprawiła jednak by jechało się gorzej lub z korkami. Sprawnie minęliśmy Frydek Mistek, potem Nowy Icin aby skierować się na południe i dobić w okolice Vizovic od drugiej strony niż rok temu. Pierwsze czarnuchy już było widać, a w samej mieścinie wylęgły grupkami i pojedynczo na ulice i parki. Namioty były już rozstawiane, pierwszym nieprzytomnym już wystawały nogi z żywopłotów i krzaków, a okrzyki radości i radosne growlowe bekania unosiły się nad parasolkami „Gambrinusa”. Jeszcze tylko kilka kilometrów i zaparkowaliśmy ostatecznie pod miejscem przeznaczenia, czyli Hotelem Sole. Zajęło nam to całe 8 godzin licząc od ruszenia spod Torwaru, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę postój na parówy, zimną pizzę, tankowanie i kawkę energetyczną.

Continue reading »

Lis 102010
 

„Tanz mit mir…”

Niedziela. Pada. Jest pochmurno. Przynajmniej można wytrzymać więcej i dłużej. Żar nie jest już taki obezwładniający i daje się nawet normalnie oddychać. Pewnie dlatego jest to dla nas najdłuższy dzień na Mastersach. Deszcz jeszcze trochę popaduje od rana i do wczesnego popołudnia, ale potem już tylko siąpi i wreszcie ustępuje. Z rana odwiedziliśmy miejscowy spożywczak, oczywiście parówy, serek, kefirek i buły, a wszystko w akompaniamencie konserwy. Jeszcze tylko kilka partyjek w karciochy i….. Docieramy na Lacrimosę. Wcześniejszych czeskich kapel już się nasłuchaliśmy i jakoś niespecjalnie chciało się nam ich słuchać w deszczu. Dopiero Niemcy otwierali tą lepszą część Mastersów w dniu dzisiejszym. Legenda gotyku spisała się na medal. Za plecami wisiał olbrzymi plakat, który co kilka kompozycji nakrywał się kolejnym z innym zdjęciem. Podsumowywał dwudziestolecie zespołu poprzez umieszczenie napisu „dziękujemy” w kilkunastu językach. Tilo i Anne wyglądali jak zawsze dobrze, choć w przypadku Tilo dostrzegam, że z wiekiem coraz bardziej przypomina kobietę. Na plakacie został tak wystylizowany, że można naprawdę się pomylić. Na szczęście zagrali już z jajem :) i cała publika oklaskiwała ich przy każdej okazji. Rzewna nuta, nostalgia oraz typowe kompozycje gotyckie i dark wave brzmiały niesamowicie. Zwłaszcza w ten pochmurny dzień, z lekkim deszczykiem w tle przy czym okoliczne wzgórza nabrały mocnych wyrazistych kolorów zieleni. Arlekin z ich logo płakał, podobnie jak niebo nad Vizovicami. Tylko fani byli szczęśliwi bo taką Lacrimosę chcą oglądać i słuchać. Continue reading »

Paź 302010
 

„Slave shall serve”

Sobota, dzień w którym nadciągnęły chmury. Od samego rana, gdzieś na horyzoncie, było widać kłębiące się chmurzyska. Burza wisiała na włosku. Dodatkowo potęgował to (o ile to możliwe) zwiększony żar i duchota. W czeskiej telewizji trąbili głośno o fali nawałnic idących od zachodu i o zniszczeniach, których dokonały na północy kraju. Dawało to nadzieję, że może się w końcu trochę ochłodzi i będzie znośniej delektować się urokami imprezy. Z drugiej strony burza nad festiwalem…zapamiętajcie tą myśl. Jednak zanim popadało, to trzeba było przetrwać kolejną falę upałów. W inwazjona graliśmy polewając się kofolą i patrząc przez okno na niebo czy nic deszczowego nie nadchodzi. Spokojnie przeczekaliśmy największy południowy żar i wybraliśmy się na Behemotha na godzinę 18.00.

Polski akcent na Mastersach wypadł bardzo dobrze. Fani naprawdę solidnego grania wypełzli ze wszystkich możliwych dziur. Nergal i spółka wyglądali jak zawsze a że ukrop z nieba lał się w najlepsze to współczułem im w ich skórzanych wdziankach i z makijażem spływającym z każdą minutą. Urzekł nas jeden Meksykaniec, który nadciągnął z polską flagą i trzymał ją uparcie nad głową. Fajna sprawa, ale na dłuższą metę niepraktyczna bo zasłaniał wszystkim widok. Ktoś zwrócił mu uwagę i machanie flagą ograniczył do przerw między piosenkami. A Behemoth grał swoje. Ogromny banner za ich plecami przedstawiał okładkę z najnowszego albumu. Nie doczekaliśmy się Lucifera, ale dla Czechów to jak perły między wieprze. Było za to „ov fire and void”, „Slave shall serve” i „Christian to the lions” oraz cała masa innych fajnych kawałków. Chłopcy zaprezentowali się bardzo dobrze i dali z siebie wszystko. W porównaniu z czeskimi tublatankami wyglądali jak demony i zmietli wszystko i wszystkich. Po koncercie, podczas rozdawania autografów, udało nam się dopchać w pobliże zespołu. Już bez makijażu i strojów wyglądali normalnie i z uśmiechem podpisywali koszulki i bilety. To był bardzo, bardzo udany koncert. Continue reading »

Paź 192010
 

„…by the sword…czing..czing”

Dziś miał być dzień Manowara. W głośnikach leciał od rana. Przy pakowaniu bagaży świstały miecze, ryczały głośniki laptopa i grały gitary. Sprawnie rano opuściliśmy hotelik i ruszyliśmy na południe, do kurortu. Pomimo wczesnej godziny, 8.00, żar lał się już z nieba strumieniami. Temperatura w cieniu sięgała trzydziestu paru stopni. Powietrze nad asfaltem drgało jak na pustyni. Zero chmurek na niebie. Krótka wizyta w Albercie i ruszyliśmy. Na miejscu byliśmy zgodnie z planem i zadomowiliśmy się w pokoju. Widok na las i wzgórza, spokojna ulica, wilk zaparkowany za bramą na podjeździe, 300 Koron od łba za noc – raj na ziemi. I jeszcze ten żar. Prysznic, telewizja i invasion – pełne korzystanie z uroków urlopu i festiwalu. Dziś czekało nas spotkanie z Królami Power Metalu i nie chcieliśmy nawalić.

Jednak zanim do tego doszło czekało nas jeszcze miłe spotkanie z Epicą. Fajnie grają, Simone – wokalistka – śpiewa ładnie i wygląda ślicznie. Zagrali wszystko to, co trzeba – „Cry for the moon” wyszło rewelacyjnie. Brzmienie kobiecego głosu w połączeniu z ostrymi gitarami wypada naprawdę dobrze. Tarja może się uczyć od Epicy jak powinno wyglądać granie i śpiewanie w takim tandemie. Jeśli kiedykolwiek chcecie wybrać się na koncert zespołu z babką na wokalu to Epicę polecamy w ciemno – tak jak Within Temptation, Xandrię czy nasz polski Unsun. Continue reading »

Paź 092010
 

„Eavy Metal…nananana na na”

Czeskie Vizovice. Okolice Ostrawy. Wytwórnia likierów Jelinek. To właśnie miejsce, gdzie odbył się tegoroczny Masters of Rock. Z Polski nie jest to specjalnie daleko, tym bardziej, że trasa wypadała bardzo podobnie do tej, którą jechaliśmy w zeszłym roku. Przynajmniej do Fyrdka Mistka. Czekaliśmy na tą chwilę długo i gdy przyszła połowa lipca, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na południe. Tak by to można zawszeć w opisie, ale bogowie metalu musieli nas odpowiednio doświadczyć i zahartować, co udowodnili niejednokrotnie podczas wszystkich wyjazdów. Zaczęło się od śruby w oponie, która po usunięciu zamieniła się w okazałą dziurę, przez którą uciekło powietrze. Potem zmiana koła, wizyta u wulkanizatora i ponowna zmiana koła (to jedno zdanie to 3 godziny obsuwy, ale przynajmniej mogliśmy podjechać po zapomniane glany Zbycha). Wreszcie byliśmy gotowi do drogi choć mocno w niedoczasie ale nic nie mogło zmącić naszego zapału i chęci ujrzenia owych słynnych czeskich „Mastersów”. Na szczęście było to jedyne poważne utrudnienie na najbliższe godziny i bez przygód pomknęliśmy katowicką w stronę Cieszyna. Pod drodze nie mogło zabraknąć Metallicy, która otwiera nasz każdy wyjazd i jej finału w postaci „Seek and Destroy” gdzieś w Continue reading »

Maj 082010
 

W czeskim mieście Vizovice (niedaleko Ostrawy) odbędzie się tegoroczne wydanie „Masters of Rock”. To festiwal z tradycjami i co roku zyskuje na popularności. Zapraszane są topowe kapele z Europy i czasami goście spoza naszego kontynentu. 4 dni rockowego wygrzewu czeka na prawdziwych fanów dobrego grania i śpiewania. Nie trzeba się obawiać o swoje uszy – to ciągle stary, dobry rock. Czasami coś mocniej przypieprzy, ale wszystko nie wykracza poza ogólną przyjętą konwencję hardrockowego grania. Srogiej rzeźni nie będzie, chlewni też nie.

W tym roku festiwal trwa od czwartku – 15 lipca – do niedzieli 18 lipca. Cztery dni wypełnione muzą i ostrą jazdą potrafią dokopać każdemu. Lista zespołów, jak zawsze w przypadku takich wielkich festiwali, nie jest jeszcze zamknięta, ale nie powinna się ona drastycznie różnić od tej, która już wisi na stronie festiwalowej. Kogo zatem można się spodziewać? Zacznijmy od tych, których powinno się kojarzyć.

Manowar – power metal czystej wody, czyli śpiewanie o tym jak dobrze jest być herosem i napierdalać smoki; to w dużym skrócie; a w mniejszym „Ulisses” co powinno wystarczyć z nawiązką;

Sabaton – Szwedzi śpiewający żołnierskie piosenki z całego świata; gdyby istniał jeszcze festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, to wzięliby wszystkie nagrody; „40:1” – kto nie słyszał to niech jak najszybciej uzupełnia braki;

Behemoth – ………………………… ……………… ………… ………… …………… …… …. …………. ……………….. …………….. ……………; „Lucyfer” moim skromnym zdaniem Continue reading »