Wrz 272015
 

Lemmy nad Wisłą to wydarzenie ważne dla każdego, kto lubi heavy metal i dla których Motorhead był jedną z pierwszych kapel, jakie wprowadzały ich w świat ciężkiego grania. Ikoną nurtu jest niewątpliwie Lemmy, który jest starszy niż węgiel i to było słychać na koncercie. Nie mówił już wyraźnie a przy angielskim akcencie brzmiało to miejscami jak bełkot. Na szczęście podczas śpiewania jest już lepiej. Nie wiem, co będzie dalej, ale nie wróży to dobrze dla zespołu. Po prostu Lemmy może już nie wytrzymać. Nie tylko zdrowotnie ale również głosowo. Brzmi już jak dziadek i tego nie zmienią nawet hektolikty whiskey bo z wiekiem wszystko się zmienia. Dlatego cieszę się, że udało mi się ich usłyszeć jeszcze raz – tym razem na osobnym koncercie.

Ten występ zasługuje jeszcze na jedno wyróżnienie – światła. Fenomenalne światła to podstawa dobrego show a te, które miał Motorhead były niesamowite. Wszystko to jest na filmiku więc zapraszam do jego obejrzenia – warto było być i usłyszeć Ace of Spades raz jeszcze…

Cze 142015
 

Dawno już takiego koncertu nie było, gdzie był tylko mrok i czerń. Greckie uderzenie black metalu, gdzie lewy sierpowy to Varathron a prawy to Rotting Christ, mogło zwalić z nóg największego twardziela. To klimaty dalekie od mroźnych i lodowych pustkowi dalekiej Norwegii. Tutaj pobrzmiewają echa górskich zaśpiewów, szumu morza i ciepłego powietrza. Ale wszędzie jest mrok, który jest tak samo czarny i tak samo dojmujący jak ten z północy.

Rotting Christ to zespół, który nie potrzebuje specjalnego wejścia czy zachęty do słuchania. Świetnie się go słucha i równie świetnie czuje, gdy brzmi gitara oraz rytmiczne dudnienie bębnów. Sakis ma również na tyle charakterystyczny głos, że kawałki są wyróżniające się i do tego bardzo melodyjne, co dla niektórych jest przeszkodą. Black to black – skrzeczenie, wycie, malowanie i arytmia. Rotting ma swój własny charakter i styl, który nie każdemu może się podobać. Ortodokści będą kręcić nosem ale mi to pasuje. Varathronowi bliżej do klasycznego blacku niż Rottingom. To było słychać w wokalu i brzmieniu. Varathron to surowe brzmienie, gdzie nie ma miejsca na ozdobniki czy dłuższy i regularny rytm. Oba zespoły to niekwestionowana czołówka greckiej sceny blackowej. To, że przyjechały razem, to dobra okazja by je posłuchać i porównać. Tak dla odmiany i odpoczynku od srogich Norwegów.

Publika bawiła się wyśmienicie doceniając surowe brzmienia Varathrona i wpadające w ucho zaśpiewy Sakisa. Koncert był bardzo udany, różnorodny i choć mniej było partii chórowych, to jednak dobrze brzmiący. Progresja bawiła się wyśmienicie i długo nie chciała wypuścić Greków za scenę. Nie zabrakło kawałków w postaci „King of stellar war” czy „The sign of evil existence” albo granego na wstępie „666”. Wszystko grane żywiołowo i z pasją – do której już nas chłopaki przyzwyczaili. Widziałem już ich chyba ze cztery raz i jeszcze nigdy nie zgrali słabo więc zapowiada się, że następny ich występ będzie równie udany. Czego sobie i wam życzę.

 

Rotting Christ in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Cze 012015
 

Hansi z ekipą długo nie przyjeżdżali do Polski, ale jak zaczęli raz – dawno temu w Płocku – to od tamtej pory starają się bywać w miarę regularnie. Sam już na dwóch ich koncertach byłem i zawsze były to wielkie uczty muzyczne. Nie dość, że instrumentalnie Bling Guardian jest fenomenalny to jeszcze w warstwie melodyjnej i tekstowej prezentuje się nie gorzej. Ponad 30 lat grania robi swoje i zespół zdołał już przetrzeć swoje szlaki na metalowej scenie i stać się już rozpoznawalną marką światową.

Progresja przyjęła Niemców ciepło i jak zawsze z dużą estymą. Tylko jeden przedskoczek zapowiadał szybki koncert bez owijania w bawełnę. Nawet Knockout na stronie podawał, że koncert ma trwać do 22 co dawało około półtorej godziny grania. Rzeczywistość przerosła oczekiwania i Blind Guardian dał prawie dwu i pół godzinny koncert, którym udowodnił to, co chyba wszyscy wiedzieli. Po pierwsze, że to światowa liga power metalu i po drugie, że w Polsce dobrze im się gra a publika ich kocha. To zawsze jest dobrze usłyszeć od zespołu i po zachowaniu na scenie można bez problemu wyczuć, czy mówili prawdę. Hansi już na początku zaznaczył, że z ten koncert jest nagrywany co jeszcze bardziej rozochociło publikę.

Pełna setlista nikogo chyba nie zdziwiła. „Banish from sanctuary”, „Nightfall”, „Fly”, „Tanelorn”, „LastCandle”, niesamowity „Lord of the Rings” oraz wybłagany kilkukrotnie okrzykami „Majesty”. Pierwsza przerwa zakończyła się „Imaginations from the OtherSide”. Publika śpiewała razem z Hansim a czasami nawet go wyręczała co niezmiernie cieszyło cały zespół. Wiadomo, że na materiale live śpiew publiki wychodzi najlepiej. Pierwszy bis to super wykonanie „War of wrath” oraz „Twilight of the Gods”. Do tego jeszcze dwa kawałki, których nie pamiętam, ale wszyscy skandowali nieustająco „Valhalla”. Pojawiła się ona dopiero na drugim bisie razem z epickim „Bards Song” oraz energetycznym „Mirror, mirror”. Mimo że te piosenki słyszało się już kilka razy to nadal są one tak poruszające i dające taki power, że człowiekowi nigdy nie jest dość. To magia Blindów i mało który zespół potrafi takie rzeczy robić.

Prawie trzy godziny zleciały jak z bicza strzelił. Kolejne utwory wyciskały energię, zmuszały do ruszania a Hansi co i rusz dopingował do śpiewania, klaskania i skakania. Gość mimo wieku daje radę a charyzmą jest w stanie dorównać największym. Obycie sceniczne i kontakt z publiką ma opanowane do perfekcji. Może zrobić wszystko i korzysta z tego by dać jeszcze więcej muzyki dla wszystkich. Dlatego właśnie Blindzi to jeden z zespołów, którego mogę polecić w ciemno każdemu, kto chce posłuchać dobrej muzy. Na koncercie jest wszystko – i ostre granie i ballady i wersje akustyczne. Szczególnie te ostatnie są ozdobą każdego koncertu i chyba dlatego Bards Song brzmi tak obłędnie.

Tomorrow will take us away
Far from home
No one will ever know our names
But the bards’ songs will remain
Tomorrow will take it away
The fear of today
It will be gone
Due to our magic songs

Blind Guardian in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Lis 302014
 

Zrobiło się zimno, mroźno i coraz ciemniej każdego dnia. Znak to, że nadchodzi zima a jesień powoli ginie we mgle i mrozie. W mieście czuć rosnące oczekiwanie przed gwiazdką, kolorowe reklamy atakują z każdego kąta a supermarkety pękają w szwach od klientów i dostawców. W całej tej zawierusze jeden wieczór zda się niczym, ale wypełniony przednią muzyką musi wystarczyć na tyle by przetrwać zimę. I taki wieczór zapewniła Progresja organizując metalowy Folk Fest, który bardzo udatnie i bez zbędnych formalności doskonale zamyka tegoroczną jesień.

Festiwal zaczynał się od 16.00 ale przy korporacyjnym tempie pracy niemożliwością byłoby dostanie się o tak pogańskiej porze do Fortu Wola. Nie w piątek po południem, gdzie cała „warszawka” rusza do domów w odległych miejscach i wszystkie wylotówki są zatkane niemiłosiernie. Dlatego obecność koło godziny 18 była już naprawdę dużym osiągnięciem. Akurat na końcówkę Percivala Schuttenbacha, który mile wprowadził w klimat festiwalu.

Percival pokazał się z jak najlepszej strony – zgrabne stroje, instrumenty oraz przaśna muzyka w sam raz do przytupywania i rozgrzania się po chłodzie okolic klubu. Nie dość, że grali bardzo fajnie i niezłym wykopem to jeszcze z jajem (choć są tam też panie). Naprawdę duża klasa muzyków  i bardzo dobry kontakt z publicznością, która była z zespołem przez cały czas. Najwyraźniej wszyscy czekali na „Satanismus” bo kiedy na koniec pojawił się ten kawałek to ludzie ryknęli jak dzikie świnie. A sam kawałek polecam, szczególnie dla wszelkiej maści obrońców czci i wiary. Skoro padają tam takie słowa „A kiedy przyjdzie do mnie Jezus | Pokażemy mu tabliczkę | Z kierunkiem na Wieliczkę” to chyba jest oczywiste, że musi się tym zająć prokuratura :) Folk już dawno przestał być nudny i bezpłciowy. Teraz ma solidną perkę, ostre riffy, fajne babki z chrypą w głosie i sporym dystansem do siebie i muzyki. Kiedy trzeba jest słowiańsko, a kiedy nie, to jest słowiańsko i zabawnie.

 

Jeśli chodzi o rozgrzewkę to by było na tyle. Po Percivalu mają grać już zagraniczne gwiazdy, których zestaw był naprawdę przedni. Stawkę otworzył islandzki Skalmold. Na żywca słyszałem ich pierwszy raz i wrażenie pozostawili bardzo dobre. Pieśni z dalekiej północy, śpiewane ochrypłym od zimna głosem, z ostrym akcentem i w rytmice wioseł drakkarów wpadały w ucho bez specjalnej pomocy. Słuchając tego można sobie było wyobrazić morski trud wikingów oraz uwalnianą furię po dopłynięciu do celu. Opowieści o Baldurze, Odynie i innych znanych bogach popłynęły z głośników i na kilka chwil zawładnęły tłumem. Ni w ząb nie wiedziałem o czym śpiewają poza pojawiającymi się nazwami własnymi, ale mogłem sobie wyobrazić ten cały śnieg, walkę z wielorybami i lodowymi gigantami. Mogłem przytupywać do marszowych rytmów perkusji myśląc, że to maszerują wikingowie bogaci w łupy. W ustach czułem smak maskonura oraz kawałków rekina, którym się zajadają Islandczycy. Jedyne, co mi lekko zgrzytało, to liczne „kopnięcia” w rytmie. Jak się słucha Germanów, którzy pod względem powtarzalności i marszowości są nie do zdarcia, to tam taka dysharmonia jest nie do pomyślenia. A tutaj występuje dość często. Człowiek macha głową, tupie do rytmu lub klaszcze w takt, a tutaj po kilku sekundach wpada zmiana tempa i rozwala cały dotychczasowy rytm. W Skalmoldzie trzeba się do tego przyzwyczaić, bo wiadomo, że na Wikingów nikt nie jest gotowy.

Druga w kolejności była Arkona. O niej pisałem już nie raz i nie dwa. Pojawienie się Rosjan jest zawsze żywiołowe, zawsze dobrze przyjęte i zawsze z uwielbieniem. Ich reklamować nie trzeba za bardzo, bo bronią się swoją muzyką. Słowiańskie nuty i ostry śpiew Maszy to wizytówka zespołu. Zagrali sporo z nowej płyty oraz kilka nieśmiertelnych kawałków na czele ze „Stenka na stenku”. Harmonia, dudy i przaśne granie od razu wprowadzają w niemal weselno-zabawowy klimat. Niektórym się to udzielało bo brali się pod boki i tańcowali (a nie tańczyli bo Słowianie tańcują). Obowiązkowy wall of death też był i wyszedł bardzo zacnie. Przy niemal pełnej sali udało się zrobić coś naprawdę fajnego. Ludziska bawili się przednio i o to chodzi w tym całym zamieszaniu spowodowanym muzyką. Bo ma być dla ludzi i jeśli ktoś przychodzi na koncert to dostaje to, co najlepsze. Na Arkonie nikt się nie zawiedzie, choć teraz było już krucho. Początek był bardzo słaby – nastrojenie instrumentów padło przez co śpiew i muzyka rozjechały się koszmarnie. W dodatku wypadło to na nowych kawałkach więc nawet nie było wiadomo, czy to tak ma być i publika milczała. Na szczęście potem było już lepiej. Mimo tego całego ognia i temperamentu Maszy koncert w ich wykonaniu był przeciętny. Słyszałem już lepsze i bardziej ogniste. Może to złe wrażenie tym nastrojeniem a może akurat faktycznie w ten piątek byli w gorszej formie. Mimo to, jeśli ktoś był pierwszy raz to zapamięta go bardzo dobrze i będzie przytupywał nogą jeszcze długo po koncercie. „Slawa bratia!” brzmiało co jakiś czas ze sceny i słowiańska dusza odzywała się we wszystkich zebranych przed sceną. Pogo, młyny, crowd surfing i nasz prosty, warszawski ogień było widać i … czuć. Klimatyzacja nie dawała rady i choć było ciepło i przytulnie, to jednak waliło jak z arki noego. Jakoś ta cała energia musiała wyjść z ludzi i wychodziła wszelkimi możliwymi porami :)

 I na koniec gwiazda czyli szwajcarski Eluveitie. To jest maszyna równie precyzyjna co piękna. Profesjonalizm z jakim został przeprowadzony koncert było czuć w każdej nutce i geście. Chęć grania, kontakt z publicznością i wspaniałe, celtycko-germańskie melodie, idealnie komponowały się z całością festiwalu. Prawdziwy Folk Fest było czuć właśnie wtedy, kiedy po dwóch wielkich blokach – nordyckim i słowiańskim – wjechali Celci i Germanie. A Eluveitie potrafi zagrać, zaśpiewać i wymęczyć wszystkich machaniem głową, skakaniem i porządnym poobijaniem się. O nich też już pisałem nie raz i powtarzać się nie będę. Ten koncert tylko potwierdza ich wielką formę i zawsze wyśmienite przygotowanie. Zagrali wszystko to, czego się należało spodziewać i choć „Inis Mona” była ledwie, ledwie na końcu, to jednak się pojawiła. A ten kawałek niezmiennie gra w mojej głowie, jest pamiętany i chwyta.

Wszystko skończyło się po północy zatem po ponad 6 godzinach słuchania muzyki. Zleciało naprawdę szybko i w bardzo dobrym towarzystwie. Nie wszyscy wytrzymali trudy stania i siadali gdzie popadnie choć głównie na podłodze. Niektórzy zaczęli to robić już koło 18 jakby już brakowało im sił. To ciekawe co by powiedzieli, gdyby mieli wytrzymać 10 lub 12 godzin na festiwalu, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek. Słaba ta młodzież dzisiejsza, o słaba. A najgorsze jest to, że jak się wszyscy rozsiedli to zablokowali przechodzących. To powodowało, że ludzie przeciskali się, popychali i szturchali. Wylało się niejedno piwo i dostało się nie raz z kolana przez przechodzących. Ale są sobie sami winni – skoro jest się na koncercie to nie ma siedzenia tylko stanie w oczekiwaniu na muzyków. Tak było zawsze  i pewnie młode pokolenie tego nie pojmuje, ale po staremu tak właśnie się robiło. „Wystanie” czegoś było normą i oznaką szacunku dla obu stron.

I jeszcze łyżka dziegciu w tym wszystkim. Pisałem poprzednio, ale teraz muszę to zrobić jeszcze raz i bardziej dosadnie. Progresjo – zrób coś do cholery z tymi szatniami!!!! Ja wiem, że jest tak jak jest i nie bardzo można coś przestawić, ale to, co dzieje się po koncercie to najgorsze standardy znane mi dotychczas tylko z Krakowa, z hali Wisły. Ja z szatni nie korzystam, bo przyjeżdżam autem, ale i tak muszę odstać swoje bo JEDYNE schody do wyjścia dzielone są z szatnią przez co stoją tam i „szatniarze” i zwykli przechodzący. O ścisku, przeciskaniu się i rozpaczliwych nawoływaniach nie wspomnę. Człowieka krew zalewa, że musi stać choć nie ma już po co, a ci, co stoją po kurtki wkurwiają się, że im ludzie z boku dochodzą i biorą rzeczy bez kolejki. Rozwiązanie wydaje się być proste – podzielić schody, postawić ochroniarzy i zaprowadzić porządek. Trzeba sprawdzić czy to działa bo inaczej taka sytuacja będzie się powtarzać zawsze. Zwykle ludzie brali kurtki wcześniej by po koncercie można było od razu wyjść. Teraz nic z tego. Wszystko jest tak zablokowane, że niepotrzebnie się bierze wcześniej rzeczy skoro i tak się czeka. W lato to nie przeszkadza, bo wszyscy idą do wyjścia i nikt nie zostaje przy szatni, ale w jesienno-zimową porę to staje się dramatem. Jedyna alternatywa to wyjście wcześniej – na bisach lub mniej więcej pod koniec – ale kto chce wychodzić wcześniej z koncertu??? Prezesie, proszę poczytać i wziąć do serca. Naprawdę.

Folk fest zakończony. Muza odeszła z ostatnimi jesiennymi liśćmi, a w powietrzu czuć mróz. Nachodzi zima. Muzyka cichnie, dudy milkną a na fujarkach nikt nie zagra będąc w rękawiczkach. Pozostaje tylko miłe wspomnienie w głowie i szum w uszach. Słowa i melodia, szmery i wspomnienia.

I close my eyes, Inis Mona
And reminisce of those palmy days
I moon o’er you, Inis Mona
As long as I breathe
I’ll call you my home

 

Lis 272014
 

Death metalem obrodziło tej jesieni w Wawie jak nigdy. Krótko po Cannibalach zagrali chłopaki z Morbid Angel rozwalając wszystko i wszystkich. Trasa koncertowa, którą zahaczyli o Polskę, pod lupę bierze jubileusz płyty „Covenant” zatem wszystko z niej można było usłyszeć. To nie lada gradka dla każdego szanującego się czarnucha co było widać po ilości osób zebranych w klubie.

Na Morbidów zawsze chciałem iść, ale nigdy się nie składało. Teraz, przy takiej okazji, wreszcie się udało i wreszcie mogłem poczuć ich muzę w uszach. Brzmiało świetnie. Całość oprawy też była niezła – ustawione standy symbolizujące ryciny ze średniowiecznych ksiąg oraz oświetlone pentagramy i oczywiście olbrzymi banner z nazwą zespołu. Gra świateł była cudna i pełna. Nie oszczędzano na niczym, a dym buchał jak z rozgrzanej lokomotywy. I do tego muza. Świetne solówki i dwa kawałki z Covenanta, które chciałem usłyszeć – Rupture i God of Emptiness. Zabrzmiały naprawdę dobrze, tłum szalał a powietrze wypełniały skandowania fanów i wspólne śpiewy z zespołem.

Koncert był udany a Progresja naprawdę daje radę. Jedna rzecz tylko zgrzyta. Zauważyłem to już przy innym koncercie, ale brałem za wypadek przy pracy. Skoro się to powtórzyło, to znaczy, że chyba nie jest to przypadek tylko stały proces. Chodzi o szatnię. Wiadomo, w klubie być powinna, szczególnie teraz, gdy robi się zimno. Jednak jej obecne rozwiązanie jest problematyczne. Kiedy cały tłum ruszy do wyjścia to zablokowane jest dokładnie wszystko – nie tylko ci, którzy czekają na szatnie, ale również ci, którzy nic nie zostawiają a chcą tylko wyjść na zewnątrz. Wąskie schody i brak podzielenia ludzi na szatniarzy i wychodzących robi zamęt i wszystko trwa dużo dłużej niż gdyby wprowadzić coś na kształt porządku przy szatni. Podział schodów byłby jak najbardziej wskazany. Tylko trzeba by to przestrzegać i oznaczyć by każdy wiedział, gdzie stoi. Klub się rozwija i może w przyszłości będzie lepiej. Życzę Prezesowi tego z całego serca.

Morbid Angel zagrał bardzo dobrze. Widać było, że chłopakom podoba się na scenie i podoba się im granie dla polskiej publiczności. Dobrze, że grają starą szkołę death metalu, gdzie jest miejsce na melodyjność i dźwięki oraz solówki i perkusyjne zabawy talerzami. Covenant jako album i tak jest lekko inny niż wcześniejsze dokonania, ale za to wyróżnia się na tle innych. Aż dziwne, że Rysio Nowak nie zareagował w żaden sposób, bo mógłby się obruszyć na teksty i wystrój sceny. I dobrze, bo oszołomstwa już nam więcej nie potrzeba.

 

Lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014

Gru 012012
 

Jesień tego roku rozwija się w pełni – nie tylko kalendarzowo, ale również muzycznie. I nic dziwnego, że w taki czas wstają z mroku i cmentarzy istoty, które mroczną muzykę mają wygrawerowaną krwawymi zgłoskami w sercu. Dzięki Progresji znów można było usłyszeć piszczącego Daniego, zobaczyć powstałego z grobu Gaahla i potupać przy skocznych Grekach. A to wszystko na trasie Cradle of Filth zwanej uroczo „Creatures from the Abyss” promującej ich najnowsze dziecko z kołyski, czyli „Manticore and other Horrors”.

Zapowiadał się długi wieczór w klubie. Zestaw jak na taką trasę był super złożony i dość poukładany, bo można było posłuchać prawdziwego black metalu i tego, co niektórzy wiedzą, tego farbowanego. Sporo ludzi przyszło właśnie nie dla Daniego i jego kapeli ale Gaahla czy na Rottingów – to tylko świadczy o jakości suportu i całej trasy.

Zaczął Darkend. Powiało szatanem i kadzidłem – na scenie zapalono świeczki, przyniesiono plastikowe czaszki i kielich. Sam wokalista ubrany na czarno zapalił kadzidło i kadzielnicą odymił wszystkie strony sceny. Prawdziwe przebieranki black metalowe przeżywały właśnie swoje najlepsze chwile. Po którymś z kawałków gość założył rękawice z przyczepionymi gałęziami, co miało udawać demonie possession. Udało się bo fotografowie rzucili się do przodu jak harty i cykali aż miło. Muzycznie Darkend to takie wczesne Kredki, gdzie dużo bluźnierczych tekstów, patos w słowie i pietyzm w muzie. Surowe, blackowe brzmienie mają trochę stępione, bo jednak muszą być choć troszkę medialni i się sprzedać. Może dlatego dobrze się ich słuchało.

Continue reading »

Lis 252012
 

Poniedziałkowy wieczór to nie czas na miłe chwile tylko bolesna walka z rzeczywistością i czekającym na nas całym tygodniem w robocie. Na szczęście są takie poniedziałkowe wieczory, kiedy można na chwilę zapomnieć o tym i doświadczyć czegoś innego. Tak się stało właśnie w listopadzie, kiedy to na deskach Progresji gościła Lacuna Coil – zespół, którego nie trzeba przedstawiać fanom metalu i gotyku. Po tylu latach działania wreszcie przyjechali do Polski i fani nareszcie mogli zobaczyć piękną Cristinę na własne oczy.

Sam koncert był kameralny, bo Włosi przywieźli ze sobą tylko jednego przedskoczka a w zasadzie przedskoczkę. Ludzi też nie było za wiele, co było widać po pierwszych rzędach do których można było dobić nawet z piwem w ręku. Przynajmniej można było zobaczyć z bliska wokalistki obu zespołów. Pierwszym był „This is She” ze Stanów. Trochę dziwny to był suport, któremu jednak nic nie brakowało. Muzycznie prezentowali się nawet dobrze, choć mieli lekko popowe zacięcie, które szybko przeszło w nawet solidne metalowe brzmienie by na zakończenie zamienić się w prawie rasowy dubstep. Niezła mieszanka, która jednak udowadnia, że wszystko jest możliwe. Do tego ozdoba zespołu, czyli ładniutka wokalistka. Ubiór nie był chyba właściwie dobrany i bardziej pasował na mecz futbolu amerykańskiego, gdzie pani mogłaby tańczyć jako cheerleaderka. Na stronach internetowych można ją zobaczyć normalnie, czyli na czarno i jest to już coś naprawdę ładnego i fajnego. Do tego potrafi śpiewać i wyciągać górki, co jest dużym plusem, bo nie jest tylko manekinem do ładnego wyglądania. Niestety ma manierę gwiazdek pop w śpiewie i brzmi on czasami dziecinnie, ale widać, że coś z tym robi, bo kawałki są różne i z różną tonacją, nie tylko tą „dziecinną”. Gra na bębnie, śpiewa, obsługuje keyboard – wszechstronna, utalentowana i jeszcze suportuje Lacunę :) . Czego chcieć więcej? Continue reading »

Lip 112011
 

10 czerwca 2011, piątek jak każdy inny, pobudka rano, śniadanie i do Prac….. STOP !! jakiej pracy ? Dziś był Sonisphere !! Glany wyczyszczone i pachnące pastą do butów stały już w przedpokoju gotowe na festiwalowe trudy. Specjalnie na ten dzień wziąłem dzień wolne.

Ponieważ impreza zaczynała się wedle 14:00 było jeszcze sporo czasu na obicie kilka ryjów i połamanie żeber wojownikom Mortal Kombat. O 13.00 krótkie przygotowania i obrałem kierunek na Bemowo. Już na pierwszym przystanku spotkałem kilku Czarnuchów z Eddim na klacie. Z każdym przystankiem bliżej lotniska ilość Czarnej Braci wzrastała masowo wypełniając szczelnie każde wolne miejsce w autobusie. Niebo zachmurzone oparami z kuźni wiecznie zagniewanych Bogów Metalu, zapowiadało dzień rześki ale nie zimny. Na możliwy deszcz byłem przygotowany zabierając do plecaka wakeńską pelerynkę przeciwdeszczową. Niby to cienka gówniana folijka, ale spełnia swoje założenia. Żaden deszcz czy ulewa Ci w nim nie straszna, a i wakeński byczek na plecach widnieje, więc jest szpan.

Przed wejściem na teren imprezy przyszło mi samotnie czekać około 40 minut kiedy pojawili się pierwsi Ludkowie z naszej zapowiadanej ekipy. Wraz z Patrysiem i Norbertem wbiliśmy się przez 3 bramki na teren lotniska. Załoga z Marcinem utknęła gdzieś w korkach i nie zapowiadało się że szybko dojadą (Yarot: Lidka zgarniała ludzi po drodze swoim autkiem i trochę zamarudziła po drodze. A w Wawie wiadomo, że piątek to fatalny dzień do jazdy. Nie mówiąc o tym, że popadało trochę). Pierwsze co rzuciło się w oczy to inne ułożenie bud z żarciem, kibli i ogródków piwnych. Zaraz po lewej od wejścia (idąc w stronę sceny) stała nieduża scenka red bulla (dochodził z niej niezły ogień w trakcie imprezy, ale jakoś nas tam nie zawiało) (Yarot: podczas wędrówek po lotnisku dotarliśmy w te okolice z Przemkiem. Akurat grał zespół o wdzięcznej nazwie „Masturbator” i działo się. Chłopaki przebrane w gajerki i makijażu świeżych zombiech dawali czadu na gitarkach. Wznosili okrzyki w stylu „Dajcie się porwać Szatanowi!” albo „Niech ogarnie was Mrok!” a publika w postaci kilku osób tworzyła sześcioosobowy młyn rozrzucając gapiów). Po obu stronach Continue reading »

Gru 282010
 

„Dimmu Borgir” – nazwa wulkanicznego wzgórza w Islandii.

Październikową sesję koncertową zaczął w tym roku nie byle kto bo Dimmu Borgir. Norwedzy wydali nową płytę – „Abrahadabra” – i wyjechali w Europę by ją promować. Płyta jest bardzo dobra i naprawdę chwyta za metalowe serce. Szczególnie, że jest to czysty black metal z samej mroźnej Norwegii. Po prawie dwóch latach przerwy grupa znów przybyła do Polski i w zimny czwartkowy wieczór mieliśmy się przekonać o jej sile.

Progresję  zaczęliśmy nietypowo, bo Zbych miał jeszcze jedno spotkanie z którego musiał się urwać by dotrzeć na miejsce. (Zbych: a było to nic innego jak spotkanie integracyjne przy kręglach z kolegami i koleżankami z pracy, jak tylko rozegrałem kilka kolejek, wskoczyłem do Wilka o popędziłem w kierunku Progresji). Ja sobie spokojnie dojechałem autobusem i poczekałem chwilę w środku. Akurat gdy zaczęli grać przedskoczkowie. Klub zapełniał się stopniowo, choć specjalnego natłoku nie było. (Zbych: w tłumie wyczailiśmy ku naszej uciesze znajomego fajtera z Krakowa, z pamiętnego koncertu świniaków pokroju Waking the Cadaver. Chłopak energicznie się rozciągał szykując się do walki. Szacun dla Freaka, ale spotkać się z jego wirującym glanem bym nie chciał). Continue reading »