lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014

paź 262014
 

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie kojarzy „Dragonborn comes” z gry Skyrim. Dobra, może faktycznie przesadziłem, ale motyw ten jest znany dużej rzeszy fanów nie tylko gier komputerowych. Wtedy w zasobach internetów znalazłem fenomenalne wykonanie tego kawałka przez Malukah. To było tak niesamowite, że słuchałem tego jako tło przy robocie przez kilka godzin. Przy tej okazji wpadło mi w oko inne wideo i inny wykonawca – niejaka Lindsey Stirling. Jej wspólny występ z Peterem Hollensem był równie niesamowity. I wtedy przejrzałem to, co drobna Stirling nagrała. A było na co. Niesamowite połączenie skrzypiec, tańca i niebanalnych dźwięków tworzy coś tak fajnego, że gdy była okazja usłyszenia jej na żywo to nie zastanawiałem się długo. I nie żałuję choć ten koncert przeniósł mnie do zupełnie innego świata.

Nie wgryzam się nigdy w biografie czy plotki o muzykach czy zespołach. Często z dość prozaicznego powodu – po co psuć sobie wizerunek muzyczny, który tkwi w głowie. Nie wiedziałem, że Lindsey brała udział w amerykańskim Mam Talent i to od niego zaczęła się jej przygoda z showbiznesem. Nie wiedziałem, że wydawała w sieci i to sama zanim ktoś się do niej zgłosił z solidnym kontraktem. To wszystko było nieważne w obliczu niezaprzeczalnego talentu i unikalnego miksu muzyki z ruchem. Nie jestem zbytnio roztańczony czy obdarzony gracją w ruchach ale potrafię docenić tą umiejętność u innych. W przypadku Stirling jest na co popatrzeć i co posłuchać. Przy takich wygibasach jeszcze potrafi sadzić pasaże na skrzypkach co zasługuje na najwyższy szacun z mojej strony. I wtedy człowiek zastanawia się ile energii może drzemać w ciele. Prosta zależność, że duży może więcej, w przypadku drobnej Amerykanki nie sprawdza się. Półtorej godziny akcji na scenie mogłoby posłać na deski niejednego zwykłego człowieka i to posturą nie wykraczającą poza normalność.

Pisałem wcześniej o innym świecie. Chodzi o ludzi i o support. Z tym bywa różnie, ale teraz czułem się prawdziwie nieswojo. Jak było widać główni odbiorcy tego typu muzyki to hipsterzy, ludzie ubrani w jaskrawe kolory lub nieprzystające do siebie części garderoby. Do tego miłośnicy komórek, kolorowych światełek, tańca z byle powodu i siadania niezależnie od tego, na czym się siedzi. Metalowiec w takim zestawieniu wyróżnia się jak panda na pustyni, ale cóż było robić. Dobrze, że miałem na sobie niebieską koszulkę Alestorm więc jakoś tam wtapiałem się w tłum. Mimo to atmosfera nieprzystawania do otoczenia była. Czekałem tylko na moment, kiedy pojawi się już Lindsey by zakończyć tą niezręczną sytuację. Do tego jeszcze ten support. Zespół podobno zasłużony, ale tak bardzo wpadający we współczesny trend indie rocka, wydumanego rocka granego dla picu i lansu o tym, jak fatalny jest ten świat lub złe są dziewczyny. Ten występ to chyba pierwszy od paru lat, którego czas odmierzałem co pięć minut patrząc na komórkę. Zwykle mówię: „może się podobać” zostawiając mi komfort powiedzenia, że coś jest beznadziejne, ale nie neguję gustu innych :)

Kiedy zaczął się czas dla Lindsey to już nic nie było ważne bo wszystko wypełniły skrzypki, skoczne wygibasy oraz rosnący kontakt z publiką. Nawet ciekawie mówiła, żartowała, opowiadała o sobie i pokazywała na filmie swoje dzieciństwo. Zrobiło się niemal rodzinnie i słodko. Na szczęście więcej było muzyki niż gadania choć dobrze się ją słuchało. To chyba jest jakaś amerykańska moda bo ostatnio na Manowarze było to samo choć w lekko innym wydaniu.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać na taki koncert to szczerze polecam. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość wobec zupełnie innego środowiska, które ściąga do takiej muzyki. Najwidoczniej do dziwnej muzyki ściągają dziwni ludzie. Pewnie dlatego połączenie skrzypiec z nowoczesnymi kompozycjami tak niesamowicie brzmi dla mnie, że aż ciarki chodzą. I  choć sporo w tym dubstepu czy chamskiego popu to dobrze się to słucha. Dla metalowca, który ceni dobrą muzę, będzie to miła odskocznia od ryków przepitych gardeł, świdrujących dźwięków przesterowanych gitar oraz szarpiących nut perkusji.

 

paź 232014
 

Koncert w Stodole, jak wiele wcześniejszych w tym miejscu, odbył się z ogniem, zniszczeniem i destrukcją. Behemoth przyjechał, podpalił ognie piekielne i zostawił po sobie smród siarki czyli to, do czego przyzwyczaja od prawie 20 lat na całym świecie. Dlatego wiele nie ma co tutaj rozwodzić się nad samym koncertem tylko przejrzeć któreś z poprzednich wpisów. Wrażenia są takie same, zadowolenie nawet większe a całość bardzo satysfakcjonująca. Jest jednak coś, co wyróżnia tą trasę od innych – otoczka „religijna”.

Celowo ująłem istotę zagadnienia w nawias bowiem to, co działo się w Poznaniu, a co można było zobaczyć pod Stodołą w postaci minifestynu to jest właśnie „religia”. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia wiary, Kościoła czy chrześcijaństwa tylko wskazać, że pod ich osłoną niektórzy robią co tylko chcą. I tym samym wracają do czasów, gdzie widzimisię Inkwizycji i księży skazywało na stos niewinnych, gdzie słowo kościoła (jako władzy świeckiej) zastępowało wolę, wiedzę i kulturę. Przeważnie nie wychodziło to na dobre a teraz wychodzi z tego wszystko to, co najgorsze.

Obecne czasy są wyjątkowe. Wolność, o którą tak walczono, zmienia się w wolność sterowaną. Możesz robić wszystko, ale tylko we wskazanym przez kogoś obszarze. Nie mówię tu o patologiach bo nie o to chodzi, ale o wolność sumienia i wyznania. Każdy może teraz lubić co tylko chce i mieć gust taki, jaki mu pasuje. Nie trzeba słuchać radia by wiedzieć co ma mi się podobać. Nie muszę oglądać telewizji by dowiedzieć się co ma mnie kręcić. Przy rozwalaniu muru berlińskiego i po okrągłym stole chyba nikt nie przypuszczał, że rola religii w państwie spadnie tak bardzo. Bo wcześniej była ona przeciwko władzy i dawała ludziom nadzieje. Jednak kiedy nie ma już wspólnego wroga, kościół nadal stara się być przewodnikiem w dziedzinach nie tylko związanych z wiarą. Dlatego coraz bardziej udziela się politycznie, zaznacza obecność w szkołach, w mediach i w codziennym życiu. Kiedyś nie musiał niczego udowadniać, a teraz walczy o to, co było kiedyś naturalne.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmiany, jakie nastąpiły, są już nieodwracalne. Także funkcjonowanie kościoła musiało się zmienić. Zmieniło się wszystko, ale niektórzy chcą by jednak niektóre rzeczy się nie zmieniły. Jest to trudne nawet w prostych sprawach, a co dopiero w sprawach wiary. I szkoda, że odbywa się to kosztem rzeczy, które zapewniają nam wolność myśli, sposób wyrażania siebie i czynienia z siebie osób unikalnych. Bo muzyka taka właśnie jest. Pozwala nam mieć coś, co jest tylko nasze. Miło jest, gdy coś dzielimy z innymi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nie jesteśmy sami. I lubimy to, co sami wybraliśmy a nie to, co zostało nam wtłoczone lub wbite do głowy innymi metodami.

Czy Behemoth może się podobać? Pewnie tak. Ma swoich fanów, ma swoich antyfanów – jak wiele kapel na świecie. I to nawet na scenie black i death metalowej. Nie jest niczym wyjątkowym i nie jest zjawiskiem, którego nikt nigdy na świecie nie widział. Nie jest też unikalny jeśli chodzi o treści i przekaz – można nawet powiedzieć, że wypada doskonale w korycie nurtu tego typu grania metalowego. Nie oczekujmy, że będą śpiewać o miłości czy pszczółkach bo to nie ta stylistyka. To takie samo podejście jak to, że zespół disco-polo nie będzie śpiewał o szatanie czy o wojnie. Trasa Behemotha też nie jest pierwszą i oby nie ostatnią. Jednak akurat teraz skumulowały się działania niektórych ludzi, którzy nie chcą by Behemoth grał w ich mieście. W Poznaniu się udało, w Warszawie odbył się wiec, koronka różańcowa oraz wieczorne czuwanie pod klubem. Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie kościołowi, nie ludziom, którzy wolą iść do kościoła niż pod klub i nie metalowcom, którzy i tak pójdą na koncert swojego ulubionego zespołu.

To przykład na to, jak ktoś próbuje wmówić ludziom, że ten typ muzyki zniszczy naszą duszę, nasze postrzeganie świata i naszą moralność. Jest gorsze niż palenie papierosów, kupowanie noży w markecie i przemoc rodzinna. Piraci drogowi szaleją po Warszawie i nic się z tym nie robi. Przekręty na zbiórkach pieniędzy uchodzą bez echa a o politycznych indoktrynacjach nie ma nawet co wspominać. Behemotha łatwo jest atakować bo śpiewa o szatanie (celowo z małej, niech ludzie z drugiej strony barykady to docenią), gardzi religią jako elementem zniewolenia i muzycy wyglądają jak z najgorszego koszmaru. Trudno temu zaprzeczyć, a odbiór tego jest raczej jednoznaczny. I nie ważne jaka jest wymowa twórczości czy podejście muzyków do tego bo to zostaje przyćmione tym, co widać od razu. Nie wkłada się wysiłku by to zrozumieć. Bo tak łatwiej. Po co zagłębiać się w to skoro widać od razu, o co chodzi.

Nie chciałbym tutaj zaraz wbijać w fanowskie tony o tym, że słowa piosenek Behemotha to objawienie najwyższe. Sądzę nawet, że nie wyróżniają się specjalnie w całej masie black i death metalowych kompozycjach. Taktowanie ich jako nawoływanie do szatanizmu czy zabijania albo innych czynów równie spektakularnych to cofnięcie się co najmniej 20 lat wstecz w rozwoju ludzkości. Były co prawda takie przypadki w Norwegii ale nawet w światku metalowym jest to traktowane jako wybryk jednostki. I chyba tylko dlatego dostaje się Behemothowi, bo jest znany. Ma większą siłę rażenia, jest na świeczniku i wszyscy go widzą. Nie widać jednak wysypu metalowców w miastach, wzmożonych działań sekt czy spadku pogłowia czarnych kotów. Metalowcy to wiedzą, że to nie tak działa. Przypisywanie czegokolwiek komukolwiek tylko dlatego, że tak się wydaje, to jest już średniowiecze. Włączenie się w to kościoła to najgorsza forma indoktrynacji jaką można zrobić by niszczyć wolność. Metalowiec jak zabije to będzie siedzieć jak normalny człowiek i będzie sądzony jak każdy, kto się takiego czynu dopuści. Nie będzie zaś postrzegany jako zabójca bo jest metalowcem i szatan mu kazał. Psychiatra właściwie oceni tą postawę :)

Dobra, miałem już nic nie pisać w tej kwestii. I tak nikt tego nie przeczyta a już ci, których to dotyczy, będą ostatnimi do których to dotrze. Może. Niech przemówi Miciński czyli głos Młodej Polski przez usta Maleńczuka prosto z gardła bestii :)

 

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy –
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
Ja piorun burz — a od grobowca cichszy
Mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach —
Jam błysk wulkanów — a w błotnych nizinach
Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —
I słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

paź 092014
 

Ta jesień zanim się na dobre zaczęła a już kolejny przedni koncert minął. Tym razem niemal z martwych powstał niesamowity „Żywiołak” który na dokładkę wspomagał przed koncertem Holendrów z fenomenalnej „Omni”. To wszystko w naszej warszawskiej Stodole, przy mdłym piwie oraz rzeszach fanów z całej Polski. Koncert był bardzo udany i choć nie byłem do końca przekonany czy będę na nim, to nie żałuję. Żywiołaka widziałem już na żywo parę razy ale Omnię jeszcze nigdy. To ich pierwszy występ na polskiej ziemi więc tym ciekawiej było zobaczyć ich reakcję i posłuchać jak grają.

Zaczęło się wszystko od lekko speszonego Roberta, który zapowiadał kolejne utwory i który rozkręcał się coraz bardziej. Publika nie dała zapomnieć chłopakom i dziewczynom, że Żywiołak to jednak jest wulkan energii i każdy dzielnie przytupywał lub klaskał. Dzięki jakie się wydobywały od nich to poezja. Dodatkowo wzmocniony lirą korbową i skrzypkami dźwięk to niemal miód na uszy. Znów można było usłyszeć słynnych Wandali, których już chyba z 7 lat nie słyszałem. Nowe wokalistki, nowi ludzie, ale Robert ten sam i ta sama pasja grania ludowych kawałków. Pamiętam ich występ gdzieś w domu kultury, gdzie na kółka chawciarskiego dawali koncert. Wszyscy rozsiedli się i słuchali, ale dla młodych takie dźwięki to nie do siedzenia. Dlatego w kilkanaście osób ruszyliśmy pod scenę i waliliśmy rękami w podest by wtórować Żywiołakowi. Było przednio i ten klimat został. Stodoła tupała, deski trzeszczały a stare słowa Roberta o folku stały się aktualne (patrz tytuł wpisu) – teraz już folk jest wyznacznikiem nowej jakości grania, która nie może usypiać.

Potem nadszedł czas na Omnię. Wcześniej znałem ich z kilku piosenek, które klimat folkowy trzymały ale jakoś bardzo mi zalatywały Indianami. Na żywo się okazało, że nie myliłem się. Zespół jest rdzenny i folkowy, ale to nie Celtowie czy Germanie ale Ameryka Północna widzie prym. I choć mają na scenie harfę oraz ogromną trąbę to jednak dźwięki, aranżacje oraz klimat składają się na coś pomiędzy Tańcem Kojota oraz Machu Piccu. Jednak nie stronią od klasycznych metalowych czy rockowych zagrywek a także tematyk. Dobrze się w tym wszystkim czują a na scenie i poza nią kipi energia wzbudzana ich muzyką. Widać było też że dobrze się czują u nas a publika zgotowała im niezłe przyjęcie. Choć słyszałem ich po raz pierwszy to podobali mi się. Mimo że nastawiałem się na celtyckie rytmy to nie zawiodłem się, gdy ich nie usłyszałem. Wszystko inne było bajeczne. Jeśli Omnia pojawi się gdzieś w Polsce lub gdzieś, gdzie będziecie mieli okazję ją posłuchać to polecam. Ma swoich zagorzałych fanów, pląsające dziewczęta oraz wszystko znających chłopaków – od nich można uczyć się uwielbienia dla zespołu.

 

lip 122014
 

Metallica znana jest z tego, że potrafi zaskakiwać fanów i ma dla nich zawsze coś nowego w zanadrzu. Tym razem trasa koncertowa opierała się na formule „Request” czyli fani mogli głosować na piosenki, które chcieliby usłyszeć. Piękne, prawda? Wreszcie skończyły by się narzekania, że zespół przyjeżdża i gra zawsze to samo. Że już wszyscy znają setlistę koncertową na wylot i nie jest potrzebna po raz dziesiąty kolejna taka sama. Szczytne idee to jedno a rzeczywistość to drugie. Okazało się bowiem, że w głosowaniu wygrały piosenki, które wytarły setki festiwalowych głośników a każdy szanujący się fan Mety pozna je po trzech nutkach. Czy się głosowało czy nie, to i tak chłopaki zagrali to, co zawsze. I nie jest to kwestia Polski, ale każdego innego kraju. Zawsze w czołówce jest stała setlista koncertowa i tego najwyraźniej nic nie zmieni. Zastanawiałem się trochę nad tym i doszedłem do dwóch budujących wniosków oraz jednego natury refleksyjnej. Zacznę od tego drugiego – refleksja nad tym, że pewna prawda znana od lat potwierdza się z okrutną regularnością. Lubimy to, co już raz usłyszeliśmy. Lubimy podśpiewywać ze z zespołem i lubimy jak inni to lubią. To takie ludzkie, bo możemy się czymś dzielić. Dlatego nie ma miejsca na koncertach na kawałki, które są znane przez nielicznych. Jeśli ktoś ma ochotę na „Invisible Kid” to włącza w domu albumik z pięścią i słucha. Na koncercie będzie to nie do rozpoznania i nikt przy tym nie porwie 50 tysięcy luda. Metallica dobrze wiedziała, że pozorne szaleństwo czyli puszczenie na żywioł fanów i danie im nieograniczonego wyboru skończy się tak naprawdę na tym samym. Ale zawsze wtedy można powiedzieć – „przecież sami tego chcieliście”. Fanowska akcja „olej szlagiera wybierz fixera” nie przyniosła należytego odzewu i tylko Call of Ktulu przemyciło się do setlisty w Warszawie (mój i Zbycha sms załatwiły sprawę). Ludzie organizujący tą trasę wygrali z nawiązką bo nie dość, że zagrano to, co zwykle, to jeszcze zrobiono to na wyraźne życzenie fanów. Metallica wchodząc na scenę i zapowiadając wszystko wyraźnie podkreślała, że to jest nasz wybór. I trzeba się z nim zgodzić. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu choć bym to wszystko inaczej zorganizował. Ale jestem na to za mały i jako zwykły fan biorę to, co dają.

Wracając do dwóch pozytywnych rzeczy odnośnie „Requesta” to popularność oraz nowi fani. Popularność jest bezdyskusyjna. Można mówić, że Meta skończyła się na „Kill Them All”, że to już stare dziadki albo że zawsze grają to samo. Można, ale i tak, niezmiennie od 20 lat, miejsca , gdzie są grane koncerty wypełniają się do ostatniego ludka. Zawsze jest to wielkie przeżycie dla fanów danego kraju a lokalne media opowiadają o tym w narodowych albo wojewódzkich mediach. To motor napędowy imprezy i tętniący energią wir. Jak spojrzałem wczoraj na zatkany Most Łazienkowski i rzeszę fanów szczelnie wypełniającą każdy centymetr jezdni to dobitnie uświadomiłem sobie, że Metallica jest w stanie zrobić z fanami wszystko. Potrafi zgromadzić ich w dowolnym miejscu na ziemi i dać im masę pozytywnej energii. Potrafi zmienić bieg życia miasta – jak na Euro a przecież to tylko koncert. Potrafi też obnażyć wszelkie słabości organizacyjne bo nikt, kto tego nie przeżył wcześniej nie jest w stanie uświadomić sobie, co potrafi 50 tysięczna tłuszcza fanów metalu. Popularność wynosi na szczyty to, co jest lubiane. A Meta jest lubiana za to, że na koncercie jest „Nothing Else Matters” i można drzeć ryja razem z innymi. Wszyscy czekają na „One” z pokazami ognia lub laserami. Zakończenie w postaci „Seek & Destroy” to niemal żelazna pozycja tysięcy koncertów i wszyscy wiedzą, co nastąpi po niej. To jest właśnie popularność.

Drugi budujący wniosek to nowi fani. Skoro można było głosować na co się chciało, to niektórzy tak robili. Bo nie byli na koncercie Metallicy i dużo słyszeli o tym, co się tam dzieje. Słuchają na co dzień najlepszych kawałków i takie też chcą usłyszeć. To, że „Master of Puppets” jest wysoko to nie tylko kwestia popularności wśród fanów ale również chęć usłyszenia tego przez tych, którzy na koncercie Amerykanów jeszcze nigdy nie byli. To prowadzi zaś do konkluzji, że Meta nie zamyka się w obrębie ludzi, którzy chcą ją słuchać i będą zawsze. Oni zdobywają kolejnych fanów i mimo ponad 30 lat grania na scenie ciągle nowi fani pojawiają się i chcą usłyszeć swoich idoli. Pamiętam swój pierwszy świadomy koncert Mety w Chorzowie i pamiętam, jak wszystko chłonąłem niczym gąbka. Nie liczyło się to, że to już wtedy były zgrane kawałki ale że grają, że słyszę to, co brząkało mi w słuchawkach i może to teraz zaśpiewać razem z nimi. Pamiętam to uczucie i rozumiem wszystkich tych, którzy je dzielą po dziś dzień. Co by nie wymyślić nowego, to w obecnej formule koncertowej NEM czy MoP będzie zawsze. Gdyby zmienić reguły „Request” tak, że Meta ogłasza, że zagra 12 kawałków jak zawsze ale na 5 innych można głosować oddzielnie, to już dałoby to znacznie lepsze rezultaty. Wtedy byłaby szansa usłyszenia „King Nothing”, „Until its sleeps”, „Thing That Should Not Be” czy „Anestesia” na żywo. Ale może za kilka lat tak będzie. Jak przy okazji trasy z Czarnym Albumem, gdzie zagrali z niego wszystko czyli również kawałki, których nigdy nie grano.

Tak nietypowo rozwinęła mi się ta relacja, ale chciałem trochę inaczej pokazać koncert niż zazwyczaj. W końcu ile można pisać o koncertach zespołu, na którym było się już piąty raz. Ile nowego można napisać i jak bardzo być odkrywczym. Na szczęście Meta dba by nie było nudno więc i moja relacja nie jest taka jak zwykle. Jednak jest w tym wszystkim jeden zgrzyt. Dlaczego wybrano datę koncertu tak by pokrywała się z Masters of Rock w Vizovicach? Wiele osób musiało wybrać a to nie były łatwe wybory. Szkoda, że tak się w tym roku złożyło i mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy trzeba takich wyborów dokonywać. Nie wiem tylko, czy którakolwiek ze stron będzie zadowolona z tego, że nie była na konkurencyjnym koncercie, ale na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Pozostaje tylko muza i nią należy się cieszyć.

Wreszcie można powiedzieć, że Metallica trafiła na polskiej ziemi na Stadion z prawdziwego zdarzenia. Był oczywiście Chorzów, ale to co innego. Otwarty stadion to coraz bardziej przeżytek a wszystkie zachodnie koncerty pokazywane zazwyczaj były na halach i stadionach zadaszonych i nowoczesnych. Narodowy w niczym nie ustępuje i z tego, co widziałem, to ludzie byli pod wrażeniem. Przynajmniej na początku. Jeśli ktoś nie był do tej pory na tym obiekcie to mógł się nacieszyć jego wielkością i kilkoma rozwiązaniami. Ludziska robili zdjęcia, patrzyli na wszystko z zadowoleniem i strzelali foty gdzie i komu tylko się dało. Faktycznie miejsce było bardzo dobre i tylko pogratulować, że stolica ma coś takiego do zaoferowania. Całość zorganizowano tak, że na zewnątrz stadionu umieszczono jedzenie, picie i merche zaś na samym stadionie już została tylko muza. I tutaj kwestia jedzenia i picia. Bemowo wygrało pod jednym względem – piwa. Ja rozumiem, że podczas meczu nie ma piwa, że na koncercie Madonny nie ma piwa i że podczas zwiedzania przez liczne wycieczki też nie ma piwa. Ale jak przyjeżdża banda czarnuchów z całego kraju to piwo musi być! Okazało się, że owszem – Carlsberg dumnie stoi na niemal każdym kroku, ale co z tego jak bezalkoholowy. Można to jeszcze przeboleć, trudno. Ale że nie było o tym informacji nigdzie poza napisem drobnym druczkiem na namiocie i przy kasie, kiedy było widać, co pani leje do kubka z butelki. Ludzie ustawiali się w kolejce i czekali nie wiedząc, że stoją po oranżadę. I nie było nigdzie o tym informacji. Tego już wybaczyć nie można. Stare Bemowo : Nowy Stadion Narodowy 1:0. Z żarciem sprawa była prostsza, ale chyba nie przewidziano takiego naporu ludzi. I żeby na hamburgera trzeba było czekać ponad pół godziny? Na Bemowie było tego więcej i bardziej różnorodniej dlatego wynik wynosi już 2:0. Ale żeby nie było – Bemowo przegrywa pod względem samego obiektu. Na głowę nic nie pada, nie jest zimno w nocy i brak jest duchoty. To są cenne rzeczy, szczególnie że rok temu byłem już dwa razy mokry od skarpetek po majtki i nie można było się nigdzie schować. Dlatego wynik zmienia się na 2:1. Ostatnie porównanie już to oczywiście to, co w muzyce najważniejsze to nagłośnienie. Tutaj muszę przyznać była zacięta rywalizacja o to, kto ma gorsze. I mogę powiedzieć, że Narodowy wybronił się na karnych zatem wynik jest 2:2 ale nie ma się z czego cieszyć. Bemowo to pastwisko i dźwięk tam jest trudniej ułożyć. Narodowy to zamknięta przestrzeń i o to jest łatwiej ale jakość dźwięku jest trudniej utrzymać. I nie zawsze się to udawało na tym koncercie. Dlatego może teraz o istocie czyli o tym, jak się to muzycznie układało.

Pierwsza zaczęła „Chemia”. Nie słyszałem dobrze, bo akurat szliśmy Poniatówką ale i tak co nieco było słychać. Jak na rozgrzewkę to na pewno dobrze, choć więcej pożytku z tego dla zespołu niż dla fanów. Pokazanie się na takiej imprezie jest zawsze jakimś rodzajem nobilitacji więc skoro się tam dostali to znaczy, że coś chcą robić i działali w tym kierunku. Nie chcę się wymądrzać, że ich znam lub wiem dlaczego oni więc zostawię to dla tych, którzy to znają. Dla mnie, zwykłego zjadacza metalowego i to tego bardziej popularnego, jest to rodzaj promocji i oby wyszła ona z pożytkiem dla zespołu. Może kiedyś go usłyszę normalnie w klubie i wtedy pokażą, co potrafią. Przynajmniej dobrze się szło na stadion i na nim samym można było ogarnąć to, co jest dostępne czyli picie, żarcie i merche. Pisałem o tym wyżej, więc nie wspomnę już o tym. Jednak została sprawa merchy. Standard, i to wysoki, cen za gadżety został utrzymany. 100 zeta za koszulkę festiwalową to spora cena. Tym bardziej, że wzory nie powalały. Bardziej zatwardziali fani mogli kupić czapeczki z logo Sonisphere, talerze frisby z Metą albo czarne, dmuchane piłki Mety za 40 zeta. Chcący się wyróżnić mogli kupić koszulki z kogutem francuskim na klacie za … jedyną 100. Pozytywem było to, że stoisk z mechami było dużo i dostęp do nich był o niebo lepszy niż na Bemowie.

Wypiłem lemoniadę metalową (waliła kranówką ale smakowała) i ruszyłem na Kvelertaka z Norwegii. Na scenie pojawił się człowiek z sową na głowie i w zasadzie to tyle co mógłbym powiedzieć ciekawego. Metalowe granie co najmniej przeciętne i w dodatku zabite przez nagłośnienie. Jedna kakofonia dźwięków, gdzie nie było słychać perkusji ani basów. Na płycie, w dalszej części, zlewało się to wszystko w twór dźwiękopodobny w którym nawet słów nie można było rozróżnić. Pogłos był naprawdę nie do przebicia przez nasze uszy. Zebrało się nas już tam trochę ludzi ale nie wytrzymaliśmy do końca. Obchód merczy, picia i jedzenia niczego nie zmienił – nadal kolejki za „piwem” oraz za jedzeniem. Jak za PRL. Na szczęście potem przyszła zaraza … znaczy Anthrax.

Anthrax grzeje się w cieniu sławy Metallicy choć swój udział w trashowej legendzie ma i to niemały. Chyba jako jedyny gra to, co zawsze i fani to doceniają. Nie brak u nich naleciałości typowo nowojorskich, co było widać w postawie Beladonny albo wtedy, gdy założył na głowę czapkę baseballową i założył kaptur. Jako mierny fan zespołu rozpoznałem tylko „I am the law” oraz cover AC/DC w postaci „T.N.T.”. Myślałem, że może już chłopaki od nagłośnienia skalibrowali dźwięk, ale niestety nie. Tym razem podbili basy, ale dudnienie zostało podobnie jak odsłuch z mikrofonu. Szkoda, bo choć lata lecą to chłopaki (znaczy już niemal dziadki) nadal wymiatają. Płyta zaczynała się napełniać. Coraz więcej osób wchodziło, coraz dłuższa kolejka po opaski i coraz dłuższe kolejki po inne rzeczy. Głód zmusił do skuszenia się na burgera co przypłaciliśmy spóźnieniem na Alice in Chains, ale przynajmniej konkretną porcję mięsa się wciągnęło. Oczywiście można to było popchnąć piwem… gdyby było. Ale nic to, czas na grunge.

Alice in Chains poznałem dawno temu za czasów MTV gdy zobaczyłem „Roostera”. To była podaj najmocniej osadzona w metalowych klimatach kapela grungowa. Potem to się zmieniło za sprawą Soundgarden, ale początki były ewidentnie po stronie Alicji. To, co zagrali na koncercie to przegląd wojska dla fanów, którzy chcieliby usłyszeć to, z czego jest znany zespół. Nie zabrakło „Would?”, „Man in the box” i oczywiście „Roostera”. To wszystko w nowych aranżacjach (jakoś oryginalny Rooster mi bardziej podchodził) i solówkach (i tu było zacnie – fani solówek mogli się rozpłynąć). Zagrali wszystko zgodnie z planem i o czasie. Jednak i tak dało się wyczuć, że zbierające się zastępy ludzi w czarnych koszulkach przyszły tu dla kogoś innego. Szczególnie, że słyszało się wiele głosów z pytaniem „Kto to jest?” patrząc na Alice na scenie. Całość występu oczywiście okraszona nagłośnieniem, które znowu zaczęło walić w twarz. Gitarki wpadały w takie wibracje, że nie dało się tego miejscami słuchać. Alice jednak powinien zagrać w klubie, gdzie nagłośnienie jest lepsze i lepiej to słychać. Może w „Progresji”? :)

I tak, po 21, zaczęło się show, które było kulminacją wieczoru. A działo się wiele. Życzenia fanów spełniły się co do joty – znów było NEM, MoP, ES, CD, O i O (pod skrótami wiadomo co jest – jeśli ktoś nie wie, to znajdzie na necie wszystko co trzeba). Darcie ryja na całego, śpiewanie na całe gardło i szczęście, że można w takiej chwili zanurzyć się muzie. Na „One” nie było pirotechniki bo pewnie BHP stadionowe nie pozwalało, ale za to były lasery. I to nie tylko na scenie, ale jak się człowiek z płyty obrócił do tyłu to widział jak światła tworzą fajne wzory na trybunach. W zamkniętym pomieszczeniu niektóre okrzyki nabierały naprawdę dużej mocy. Wykrzyczane „Master!!!!” aż dudniło w uszach (i to nie przez nagłośnienie tylko ryk tysięcy fanów). Przed samym występem można było zagłosować na jedną z trzech piosenek – „Fuel”, „The Day That Never Comes” i „Call of Ktulu”. Eski poszły i oczywistym było, że Cthulhu wygra. Ach, co to było za wykonanie. Kto nie słyszał niech żałuje. Taka kompozycja marnuje się na zwykłym CD-ku i ma moc większą nawet niż Orion. Jak zespół skończył to James odetchnął, uśmiechnął się i przyznał, że to było coś. To miły akcent dowodzący, że jednak nie wszyscy chcą usłyszeć to, co popularne. 

 Dwa utwory zostały zapowiedziane przez oddanych fanów Metallicy – wokalisty z Alkoholicy (zespołu ze Śląska) oraz Piotra Kowieskiego – od lata fana zespołu jeżdżącego wszędzie tam, gdzie oni. A ten ostatni zapowiedział „Whiskey in the Jar” czyli polską premierę kawałka. I dobrze, że to się pojawiło, bo utwór poderwał wszystkich. Nowością było też zaprezentowanie nowego kawałka – „Lords od summer”. Dobre, trashowe wykonanie z szybkimi gitarkami i okraszone fajnymi riffami. Tylko czekać na nowy album. Na zupełny koniec wypadły na wszystkich czarne piłki Mety oraz trzy olbrzymie piłki plażowe. Oczywiście Polacy nie byliby sobą gdyby czarne piłki doczekały się podskakiwania nad głowami – momentalnie zniknęły zabrani przez ludzi. Duże przetrwały tylko dlatego, że nikt nie był na tyle pojemny by ją zabrać lub schować. Pazerność ludzka nie zna granic i wyszło teraz, że jak coś dają to brać i uciekać. A na kilku nagraniach w necie widać jak czarne piłki podskakują, ludzie się nimi przerzucają i jest zabawa. U nas, tylko duże piłki dostarczyły radości, bo czarne nie dotrwały.

Koncert udany i to bardzo. Kto nie był niech żałuje bo było zajebiście. Metallica po raz 10 pokazała, że jest zespołem, który nie bierze jeńców. Wszystko jest na swoim miejscu i rozpalony ogień od pierwszych fraz „Esctasy of Gold” aż po „Seek & Destroy” płonie ogniem nieugaszonym. I po raz kolejny trzeba brać na poważnie słowa Larsa, który mówi to zawsze, ale ostatnie lata pokazują, że jest to prawda, że „we`ll see you very fuckin soon!!!!”

„Calling, calling all that’s won
Lords of summer bring of sun
Coming, coming winter’s sure
Lords of summer have returned
Eternal falling has begun”

 

maj 182014
 

Od zmiany siedziby przez Progresję nie miałem okazji by tam być. Sploty wydarzeń od końca zeszłego roku aż do wiosny spowodowały, nie dane mi było podziwiać nowej siedziby przy Forcie Wola ani cieszyć się muzyką tak, jak bym chciał. Dlatego okazja do bycia po raz pierwszy w nowej Progresji i usłyszenia po raz kolejny dobrej kapeli nadarzyła się właśnie w kwietniu. I to nie była byle jaka okazja tylko wizytacja wikingów z Amon Amarth w Warszawie. Lepszej okazji do rozpoczęcia sezonu muzycznego w Progresji nie mogłem sobie wybrać.

Moje pierwsze wrażenie z wizyty to zadowolenie. Bo nie zmieniło się wiele – sala ze sceną, bar w sali, merche po bokach i bramka. Jednak zmieniła się jakość i rozmiar. Sala jest większa i już sobie wyobrażam, że część koncertów, które zwyczajowo odbywają się w stodole z powodzeniem może być w Progesji bo jest większa. Może mi się tak wydawać, ale na moje oko sala jest większa i scena również. W barze wreszcie na stałe czeskie piwa a merche mają swój kącik. Wejście przez bramkę jest, ale trzeba przejść przez schody, ominąć stolik i dopiero dostać się na teren bezpośrednio przed salą. Na dole jest drugi bar i zabawa nawet w czasie, gdy nikt nie gra. Fajnie urządzone, z pomysłem i mam nadzieję, że na dłużej. Prezes może być dumny ze swojego dzieła i jak zawsze ma u mnie ogromny szacunek za to, co robi i do czego doszedł. Nie znam go osobiście, ale często mijałem się w klubie, widziałem na festiwalach i koncertach. I on mnie nie zna, podobnie jak tysięcy ludzi, którzy zjawiają się w jego klubie. Ale szacunek mu się należy i basta.

A wracając do koncertu to zaczął się on dla mnie od Hypnosa. Na Polski support nie zdążyłem, a Czesi dawali nieźle czadu. Klasyczna trashowo punkowa rąbanka z czeskimi wstawkami niemal jak za czasów Krabatora. Mówił po polsku i czesku co zawsze i niezmiennie wzbudza w Polakach wesołość. I tak pobawiliśmy się do występu Szwedów. A jak tylko ich drakar przybił do Progresji to nikt nie brał jeńców.

Ponieważ to trasa promująca ich najnowszą płytkę – „Deceiver of the Gods” – to nie mogło zabraknąć kawałków właśnie z tego albumu. Zabrzmiało „Father of the Wolf” oraz tytułowy „Deceicer of the Gods”. I potem to już czysty Amon w metalowych rytmach rodem z dalekiej północy. Publika szalała i śpiewała zachęcana przez Johana, który niezmiennie na każdym koncercie powtarza, że to pieprzony death metal i nie trzeba znać słów by móc śpiewać. Hity jak „Destroyer of the Uniwerse” czy „Warriors of the North” a na zakończenie „The Pursuit of Vikings” trzęsły posadami klubu (tak jak olbrzymi młot Thora w rękach Johana). Naprawdę dobrze zagrany koncert i Szwedzi mogą być z niego zadowoleni. W moim odczuciu był on gorszy niż rok temu na Brutalu, ale wiadomo, że to inna sceneria, inna publika i inne przyjęcie. Jednak koncert był naprawdę dobrym i ciekawym przeżyciem. Oby takich więcej i oby w Progresji.

maj 072014
 

Na Sharon z zespołem byliśmy już kilka razy ale nigdy na Torwarze. Po ostatnim koncercie i popularności zespołu mogło być to miejsce troszkę na wyrost i rzeczywistość pokazała, że była to prawda. To już nie są czasy, gdzie rządziła „Mother Earth” czy „Ice Queen” a piękny głos Sharon był wyznacznikiem klasycznego wizerunku „female fronted metal”. Teraz jest już spora konkurencja w tej dziedzinie i coraz trudniej się wybić. Głos wokalistki pozostał, niezłe kompozycje też, ale popularność się rozmyła.

Nowa płyta – „Hydra” – to wielogłowy twór zasługujący na swoje miano. Zespół zaprosił do współpracy kilku wykonawców z którymi nagrano poszczególne kawałki by nadać im unikatowy wizerunek. I muszę powiedzieć, że to się udało, choć jakość kawałków jest różna. Pojawił się też utwór bliski polskim fanom, który jest śpiewany w duecie z Piotrem Roguckim z Comy. Oczywistą rzeczą było to, ze na trasie w Polsce, zaśpiewa on na jednej scenie z Withinami by bodaj po raz pierwszy zagrać ten utwór razem.

Oprawa koncertu była zbliżona do tego ze Stodoły co nie znaczy, że słaba. Tym razem było istotne uzasadnienie takiego zabiegu gdyż wszystkie kawałki z Hydry, które były wykonywanie z zaproszonymi gośćmi wykorzystywały telebim by tych gości pokazać. Zatem efekt był taki, że Sharon śpiewała swoje a z puszki leciał głos gościnny na płycie. Wyszło nawet fajnie bo do tego dochodziła jeszcze oprawa wizualna i całość się dobrze komponowała. Najlepiej wypadł kawałek „Dangerous”, który na płycie przemknął się, ale na żywo zrobił na mnie największe wrażenie. A że zagrali na koncercie całą płytę bez 2 kawałków, to mogę powiedzieć, że to najlepszy utwór na płycie.

A teraz Rogucki. „The Whole world is watching” czymś wybitnym nie jest ale promocja w radio zrobiła swoje. Ich głosy trochę średnio pasują do siebie i, co jest moim zdaniem, Roguc nie umywa się do mocy Sharon. Jednak wyszli razem, zaśpiewali razem i razem podziękowali publice za przybycie. Był jednak jeszcze jeden szkopuł w tym wszystkim. Nie wiem, czy widzieliście ostatnie stylizacje Piotra. Jeśli nie to spójrzcie. Wygląda jak polski żigolo z najlepszych lat PRL-u i o jakich śpiewał Kazik w dwunastu groszach. I Roguc taki był. Wąs dozorcy, marynarka stróża, koszula Polaka z Egiptu i na nogach różowe crocki. Ja rozumiem wszystko – samodzielność artystyczną, uchodzenie na unikata i osobę nietuzinkową – ale żeby na koncert przyjść w crockach??? To już jest brak szacunku dla innego wykonawcy bo na swój koncert to on może i w kalesonach przyjść a tutaj po prostu nie wypada. Ciekawe czy jakby dostał zaproszenie do filharmonii to też by tak się ubrał? Dlatego był to minus tego koncertu i szkoda, że wypadł on akurat jako największa jego atrakcja.

Koncert był częścią trasy promującej „Hydrę” więc nic dziwnego, że to ten krążek wypełnił koncert. Nie zabrakło na szczęście standardów czyli wspomnianych królowej i matki :) Do tego coverek Lany Del Ray – cover dobry choć piosenka taka sobie. Już bym wolał „Behind blue eyes” ale nie można mieć wszystkiego. Dobrze, że koncert wpadek nie miał i dobrze było posłuchać kawałków przy których WT zaczynał swoją karierę. I to one wyznaczyły jego kierunek. Teraz nie jest źle bo rozwijają się i próbują znaleźć swoje miejsce w zmieniającej się rzeczywistości. Jednak to nie to samo co kiedyś. I nie żałuję. Jeśli mianoby tworzyć coś na siłę to wyszłaby kicha a tak przynajmniej jest co posłuchać. Magia muzyki WT została. Może jest słabsza (perka siadła) to jednak nadal są w niej magiczne nuty. Nie sądziłem, że pójdę jeszcze na koncert Sharon ale jednak się przemogłem i nie żałuję. Atmosfera koncertu, szum z głośników, setki ludzi śpiewających do taktu – tego się nie zapomina i nie jest łatwo od tego uciec.

lis 262013
 

Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej
Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej

Tak przywitała nas warszawska Stodoła. Wcześniej zebraliśmy się wszyscy pod klubem by tłumnie wejść do środka. Szatnia, piwo, mercze i papierosek – wstęp taki, jak zawsze. Choć minęło ładnych parę miechów odkąd było się w stodółce to jednak pewien rytuał pozostał. Supporty przebyliśmy przy piwie i rozmowach – rezerwowaliśmy siły na pomorską bestię, dla której warto było się spotkać. Piwo za 10 zeta to standard tylko szkoda, że smakowało wodą. To też się nie zmieniło.

A ludzi z każdą minutą przybywało. Zakończenie trasy Behemotha i wizyta w Wawie to miła odmiana od zwyczajnych koncertów, których zrobiło się naprawdę sporo. Widzieliśmy już chłopaków na Brutal Assaulcie, szczególnie że mieli nowe wdzianka i nowy kawałek z nadchodzącej płyty. Teraz można było ich podziwiać dużo bliżej i głośniej niż na festiwalu, na co liczyliśmy. Czarne koszulki dominowały, co akurat dziwnym nie jest, jak by powiedział Entombed. Mercze były nawet dość przystępne bo za koszulkę 40 czy 50 zeta to niemal okazja. Wiadomo, polskie to tanie, ale nie znaczy gorsze. Wzorki koszulek dość przeciętne i swojej czarnej nie zmienię na nic innego. Z resztą jakoś stoisko nie było specjalnie oblegane. Jeśli ktoś chciał się w coś zaopatrzyć to w zasadzie z marszu mógł to zrobić.

Spotkanie z brutalowymi towarzyszami też wyszło przednio. Wróciły wspomnienia, zabawne sytuacje i zdarzenia, które budowały tegoroczny wyjazd do Czech. Dobrze, że mimo licznych obowiązków, natłoku pracy i rzeczywistości udało się każdemu wyrwać te kilka godzin i spotkać się. To siła muzyki, nie ma co.

 

W swojej stodole zrobił bal, tańczyłem i ja….
Tak mogą płonąć stodoły każdego dnia…

Behemoth zaczął z przytupem bo „Ov Fire and Void”. Zrobiło się mroczno, głośno i behemotowo. Miałem wrażenie, że nagłośnienie trochę spłaszcza dźwięki i miało się wrażenie słuchania tego z puszki. Na szczęście potem było już lepiej, ale i tak kilka pierwszych kawałków poszło z takim posłuchem u mnie. Nowy wygląd urzekał i zamiana skór oraz ćwieków na podarte łachy, wyświechtane płaszcze i resztki całunów, była udana. Malunki na twarzy też były inne – bardziej brudne, mniej kontrastowe. Wapienna maska została zamieniona na plemienne barwy ciemności. I to u wszystkich. Duży plus.

Kolejne kawałki tylko udowadniały, że Behemoth jest w formie. „Demigod” z obowiązkowym wstępem Nergala o człowieku i jego roli w samostanowieniu (ach, nie ma to jak wydumana koncepcja na temat bycia sobą), potem „Moonspell Rites” (mega stary kawałek) oraz „Conquer All” dedykowany wszystkim przeciwnikom. To wstęp do kawałka z nowej płyty, który jest ogrywany na koncertach – „Blow Your Trumpet Gabriel”. Wypadł bardzo dobrze i rozpalenie ogniska na scenie tylko wzmocniło przekaz muzyczny. Niewątpliwie „Satanist” będzie czymś nowym i z nowymi brzmieniami. Będzie na co czekać.

A potem już klasyka za klasyką czyli to, co na koncercie Behemotha jest niemal zawsze. „The Seed ov I”, „Alas, Lord is upon me”, „Christians to the lions”,”Decade of therion”, „At the Left hand ov God”, „Slaves shall serve” i „Chant for Eschaton”. Chwila na danie szansy ludziom by trochę poskanować nazwę zespołu i wywołać go na scenę. Chłopaki nie dali na siebie długo czekać choć bis wyszedł dość skromnie, ale z przytupem. Najpierw „23” z „Telemy” a potem mój ulubiony „Lucyfer” z fajnymi gitarkami zaczynającymi kawałek. Jakoś inaczej wyszło niż na albumie, ale równie fajnie. Miciński głosem Maleńczuka został zagłuszony muzyką, ale i tak każdy zna te słowa. „Na harfach morze gra, kłębi się rajów pożoga”. Ech, zrobiło się niemal romantycznie.

Szkoda, że tak krótko grali bo nocka się dopiero rozwijała. W listopadową noc nie ma to jak posłuchać sobie czegoś czarnego, poczuć na skórze gorący podmuch ogni piekielnych i pokrzyczeć na całe gardło „Slaaaaaveeee shal seeeeeerveeee!!!!”

 

 

paź 262013
 

 

“The Preacher’s call to tell you all

He saw damnation in his crystal ball”

Lipiec od zawsze był wyjątkowy z racji festiwali. Szczególnie, że zwykle było miejsce na nie zarówno w Polsce (Castle Party) jak i w Czechach (MOR). Ten rok wprowadził istotną zmianę. Impreza w Bolkowie przesunęła się o kilkanaście dni wcześniej. Zwykle ostatni weekend lipca był jej a teraz wypadł środek miesiąca. To wprowadziło potężną kolizję z MOR-em, który jest równie dobry choć nie tak specyficzny. Jednak muzycznie są bardzo podobne i dają podobne doznania. Jednak nie posiadam zdolności translokacji i musiałem wybrać na co pojechać. Nie tylko mnie to dosięgło bo wielu znajomych też rozważało poważnie, co usłyszeć. Ostatecznie wygrał MOR bo jest bardziej zróżnicowany, tańszy i dłuższy. Dzięki uprzejmości samochodowej miałem zapewniony transport więc nie pozostało nic innego jak tylko oddać się muzie i posłuchać co przygotowali Czesi w tym roku.

Jednak zanim o samym mięsie muzycznym to jeszcze chwila nad organizacją. Co roku jest niemal tak samo i widać, że przygotowania są na całego. Zabezpieczone miejsca parkingowe, pola wymiotowe ciągnące się już od zjazdu na kurort Luhacovice i organizacja ruchu już na samym polu festiwalowym. Podoba mi się to wszystko bo przynajmniej wiadomo co i gdzie. Jedynym minusem, choć raczej wynikającym z mojego roztargnienia, było zamieszanie z kubkami. Kubki do napojów były klasyczne, plastikowe, wymienialne przy kolumienkach na kolejne. Trzeba tylko zapłacić kaucję. Podobne kubki, ale z nadrukiem mastersowym, można było kupić na stoisku z oficjalnymi merchami, ale nie nalewano do nich piwa i nie wymieniano. Zatem by się napić piwa i tak trzeba było wykupić zwykły kubek. Jakaś tam wywieszka o tym wisiała, ale nie zauważyłem jej i chwilę postałem zanim Czeszka przy piwie wyjaśniła w czym rzecz. Reszta była już w porządku. Koszulki, jak co roku, nie zachwycały ale z obowiązku trzeba mieć. Gadżetów było nawet sporo i każdy mógł sobie coś wybrać – od latarki po opaski na głowę. Program też był – i jak zawsze za wszystko trzeba było płacić oddzielnie.

W tym roku zapowiadało się całkiem nieźle biorąc pod uwagę występ kilku zespołów, które chciałem zobaczyć ze zwykłej ciekawości. Ich usłyszenie w Polsce byłoby niemożliwe, bo nadal sporo tras omija Polskę mimo że to takie dobre miejsce do koncertowania. I często, po długiej nieobecności, wszyscy się przekonują i dziwią, że jeszcze  u nas nie byli. No, ale to może takie patriotyczne podejście choć dobrze tłumaczy wiele takich tekstów, które dało się słyszeć nie raz ze sceny. Dzięki większym imprezom dość blisko naszych granic – jak MOR czy BA – można naprawdę wiele usłyszeć i poczuć choć troszkę powiew wielkiego metalu z całego świata.

“Warning from the bible of the beast
Never trust a werewolf from the east”

Pierwszy dzień nie jest za długi. To taka rozgrzewka przed resztą festiwalu, ale już z gwiazdami i wielką pompą. MORa otwierał, jak kilka lat temu, Fleret. To miejscowa kapela rockowa, którą znają wszyscy. Wszyscy Czesi oczywiście. To też dobry moment by rozejrzeć się wokół – szczególnie rzucić okiem na stoiska i zabawy ludyczne. To też jest nieodzowny element MORa. Masa pierdółek wszelkiej maści i jakości – od płyt i naszywek po dmuchane gitary, kolczyki do nosa i lateksowe maski zombie na twarz. Na placu niedaleko bocznej sceny rozstawiło się miasteczko rozrywki, gdzie można było wejść na dmuchaną ściankę, powalczyć w puchowych strojach zawodników sumo oraz skoczyć na bangee. Ja z tych atrakcji wybrałem sobie zrobienie puszki coli z moją ksywą. Kosztowało to 35 koron więc nie majątek a pamiątka jest przednia.

A wracając na główną scenę to wypełniło ją mocne trio w postaci Arkony, Primal Fear i Grave Diggera. Niemal klasyka festiwalowa i to w dodatku już oglądana w tym roku. Masza i reszta kapeli jak zawsze żywiołowa i w słowiańskim żywiole. Klapki tylko furkotały jak ludzie wpadali w młyn. Spokojnie było na Primalach bo to już starszy zespół, ale ogień też był – szczególnie na „Metal is forever”. I wreszcie Grave Digger w szkockich klimatach. Obowiązkowe wykonanie „Rebelliona” odbyło się chóralnie i z pompą. Co prawda nie było spódniczki i dud, ale i tak było fajnie. W międzyczasie chodziłem na drugą, mniejszą scenę by zobaczyć jak dają sobie radę mniejsze zespoły. I dawały radę. Co prawda przypominało to trochę garaż, ale na pewno występ na takiej imprezie będzie dla nich czymś wyjątkowym. I wielu ludzi też tak sądziło, skoro przychodziło oglądać i posłuchać kogoś na mniejszej scenie. Nie pamiętam teraz, kto jak grał, ale posłuchać było można.

“We are devils in disguise
We’re the demons of the night”

Drugi dzień już poważniejszy i znacznie cieplejszy. Upał był potworny i tylko arbuz ratował sytuację. Dobrze, że pod Sole jest Albert więc zaopatrzenie było bezproblemowe. Sjesta trwała jakiś czas bo w słońcu nie dane było wytrwać. Zaplanowałem na dzisiejszy dzień zobaczenie „Elvenkinga” i później „The 69 Eyes”. Dzięki temu przynajmniej przez godzinkę poczuje się jak w Bolkowie. „Elvenking” dał radę choć studyjnie z ozdobnikami brzmią ciekawie niż prezentowana na surowo dawka power metalu. Goci dla odmiany brzmieli dobrze i ciekawie. Nagłośnienie dało radę i ten pierwszy raz z nimi nie był niczym zakłócony. Dobry koncert wieczorową porą był czystą przyjemnością. I nawet bramboraki, które znikały wokół w tempie wody, nie przeszkodziły swoim zapachem w odbiorze niemaszków. Na mniejszej scenie zaś furorę zrobiła „Good Girl Maggie”. Polacy z Cieszyna i z fajną laską na wokalu dali radę i byli bardzo dobrze przyjęci. Muzycznie jeszcze surowo brzmią, ale za to mają chwytliwe kawałki. Komentarze początkowo po angielsku szybko przeszły na polski. W końcu Czesi też to rozumieli więc nie trzeba było się gimnastykować. Ciekawy występ był znacznie lepszy niż grający na głównej „Prong”. I to pokazało, że czasami tutaj lepiej grają niż gwiazdy. Tutaj zaczynał przecież Dymytry, który w niedzielę zagrał już na głównej. Jak widać, można się wybić jeśli ma się pomysł i uparcie dąży do celu.

Bardzo byłem ciekaw Rage z orkiestrą symfoniczną i nie zawiodłem się. Surowe kawałki w orkiestrowej aranżacji zawsze chwytają za serce. W dodatku grane z zespołem więc przy wspomaganiu metalowym. Bardzo ciekawa koncepcja i bardzo udany występ. Ten zespół orkiestrowy – Lingua Mortis Orch – wydał swoją płytę i nie wiem, czy jej nie zakupić. Mają swoje kawałki a nie tylko covery więc byłoby co posłuchać. Pewnie drugiej Apocalypticy z tego nie będzie, ale inicjatywa jest nad wyraz ciekawa.

“All we pray, alone we can’t decide
Catholic in the morning
Satanist at night”

Trzeci dzień czyli sobota już była chłodniejsza i deszczowa. Skoki temperatur były duże i można było się załatwić jak się nie pilnowało. Jakoś udało się bez chrypy i kaszlu przebyć tą zmianę i z trdlo migdałowym w ręku zameldowałem się pod sceną. Na dziś przewidziałem kilka ciekawych punktów choć głównie powtórkowych, ale za to jakich. Obowiązkowa rundka po merczach nie ujawniła niczego nowego. W miasteczku też nic nowego. Coraz więcej za to było ludzi idących na azymut, śpiących pod zaszczanym płotem i patrzącym wokół niewidzącym wzrokiem. Takie są prawa festiwalu i nie wierzę, że na Woodstocku nie było pijanych i nie palono trawy. Chwalono się tym, ale to propaganda, której kłam zadaje każdy inny festiwal, na którym byłem. Skoro na mniejszych jest to dość częsty widok, to przy ponad pół milionowej widowni jest to pewnik. I żadna propaganda tego nie zmieni.

A muzycznie zaczęło się od fińskiego „Waltari”. Spokojnie i bez problemu wprowadzili oni przeciętnym występem w klimat konieczny dla „Moonspela”. A ci, jak przystało na profesorów metalu, rozwalili wszystko wykonaniami, których każdy zazdrości w ich repertuarze. Nie zabrakło hitów z dawnych lat i z tych całkiem nowych. „Full moon madness” zawładnął Czechami w pełni. A po nich przyszła kolej na potwory z Finlandii czyli “Lordi” w pełnej krasie. To showmani pełną gębą – nie dość, że mają niesamowite lateksowe stroje to jeszcze pokazują mini scenki obrazujące różne sposoby zgonu. Jest świecący topór, piła motorowa, sypiące iskrami gitary, wybuchy oraz petardy. Do tego przegląd wszystkich hitów – czyli bez „Rock Hallelujah” nie mogło się obyć. Publika szalała i cieszyła się z każdej sceny, którą pokazywał „Lordi”. To miłe zakończenie dnia bo już na Yngwie nie starczyło mi sił. Wiedziałem jak gra i dobrze jest go posłuchać na słuchawkach, ale na koncercie, który miał być do północy już niekoniecznie. Jeszcze szybkie wejście na bramboraka, oblecenie merczy i do hotelu „Sole”. Trzeci dzień można uznać za zakończony.

“And we all
Die, die, die tonight
Sanctified with dynamite
Die, die, dynamite
Halleluja!”

Niedziela wstała deszczowa, choć dość szybko się rozpogodziło. I całe szczęście bo stanie w deszczu nigdy i nigdzie nie jest przyjemne. Dłuższy odpoczynek niż zwykle należał się – tym bardziej, że dziś będzie dłużej i znacznie intensywniej. Zaczęło się od „Xandrii” – miły występ na początek ostatniego dnia festiwalu. Już ich słyszałem a zespół należy do czołówki female fronted metal. Ciekawy wokal i poprawne wykonania choć jakoś nie urzekły. Oczywiście nieśmiertelny „Ravenheart” musiał być. To ich największy przebój i jak na razie jedyny. Szkoda że takiego potencjału, jaki jest w tej piosence nie przekuto na inne. Może kiedyś?

„Sanctuary” przeszło bez echa. Wykonanie nawet niezłe i dobre na wczesny obiad w postaci kureci meso i opiekane bram borki. To wystarczyło by zdążyć na Anneke van Giersbergen. Byłej jej ogromnie ciekaw. Była w Warszawie kilka miesięcy temu ale nie poszedłem. Dziś miałem to nadrobić i ocenić czy ładniejsza część „The Gathering” ma nadal pazur. No właśnie. Wynudziłem się koszmarnie. Kawałki były jakieś takie płaskie, bez polotu i śpiewane tak jakby śpiewała to Sipińska a nie Anneke. Wyszedłem w połowie by obejrzeć merche i zobaczyć co dzieje się na małej scenie. I nawet kawałek „The Gathering” nie brzmiał tak, jak w zespole. Słysząc to nie żałowałem, że nie byłem w Wawie na jej koncercie. Byłbym jeszcze bardziej zawiedziony. Choć może w klubie łatwiej by trafiło to do mnie niż na dużej scenie. Ale trudno, stało się. Obecnie ani Anneke ani zespół nie brzmią tak, jak kiedyś razem. Coś się skończyło i coś się zaczęło. Jeszcze zespół kupuję, ale solówkę pani odpuszczam.

Po niej na scenie pojawił się duet dość nietypowy, ale jak popatrzy się na skład zespołów to nawet logiczny. „Leaves Eyes” i „Atrocity” razem na scenie to jak ogień i woda. Zjawiskowa Liv z nieokrzesanym Niemcem. Delikatność brzmienia z metalowym łojeniem (dobra, nie każdy uważa że Atrocity to metal, ale nie brzmią przynajmniej jak Justin). Takie połączenie jest jednak możliwe. Muzycznie kiedyś występowali razem jako „Theathre of Tragedy” (chlip!), prywatne byli nawet małżeństwem. Obecnie każdy ma swoją drogę zawodową i prywatną. Spotkali się na scenie, przywitali, ucałowali i zagrali razem „Shout”. Dla mnie Atrocity to coverki i nic tego nie zmieni. Grają co prawda swój materiał, ale jest on tak przeciętny, że na koncercie prześlizgnąłem się nad nim. Szczególnie, że dużo lepiej zaprezentował się performance, który Niemcy przywieźli ze sobą. Obejmował on taniec dwóch rozebranych do bikini panienek. Dobrane były ze smakiem i widać, że tańczą profesjonalnie dla mniejszej widowni. I to okazało się dużo lepsze niż muzyka. Trochę szkoda, ale przynajmniej każdy patrzył się na laski a nie na zespół. Liv zagrała jeszcze jeden kawałek razem z Niemcami a potem zaprezentował się jej zespół. To tylko kawałek „ToT” i to słychać. Idealne połączenie delikatności z brutalnością dawało wtedy mieszankę nie do podrobienia. Teraz tego nie ma i brzmienie jest dużo bardziej przeciętne. Tym bardziej, że zespołów ffm jest już tak dużo i w naprawdę dobrej jakości muzycznej, że trzeba szukać czegoś unikatowego. „Leaves Eyes” to nadal czołówka ffm – to się nie zmieni. Jednak w porównaniu z „ToT” wypada przeciętnie. Mimo to podwójne wystąpienie było ciekawe i dość urozmaicone. Dzięki laskom nie wynudziłem się do końca a ciekawość oglądania obu zespołów po raz pierwszy wypełniła skutecznie czas i uszy.

Przerwa po podwójnym uderzeniu nie trwała długo. Tym bardziej, że potem miał zagrać „Powerwolf”. „Powerwolf”. Celowo dwa razy bo w powermetalu ostatnich lat chłopaki wymietli wszystko, co było do wymiecienia. Szczególnie w dziedzinie wampirów, religii oraz wilkołaków. „Sabaton” trzyma część wojskową, „Blind Guardian” i „Rhapsody” – fantasy, a „Powerwolf” – wiarę. Koncert był zajebisty. Co prawda podobny do tego z Metalfestu i do tego sprzed roku, ale co tam – Atillę można słuchać non stop a skoczne rytmy „Werewolf from Armenia” czy „Sancify with Dynamite” albo „Ressurection by erection” zostają w głowie jeszcze parę tygodni po koncercie. Jeśli jeszcze nie słyszałeś Powerwolfa to natychmiast to nadrób. Takiej radości z grania już dawno nie słyszałem a energia ładująca metalowe serce bije z każdego kawałku. W zasadzie na tym miłym akcencie można było zakończyć. Jednak na wieczór przewidziano coś specjalnego.

Wiedziony ciekawością i przymuszony tłumem zostałem na koncercie „Avantasii”. Dali 3 godzinny koncert w postaci metal opery wykonywanej specjalnie na MOR. Scenografia, kompozycje, orkiestra i cała reszta była na najwyższym poziomie. Wszystko wysmakowane i podane z pietyzmem. Nic dziwnego, że Czesi ich uwielbiają. Jakbym powiedział coś złego na Avantasię, to pewnie był został zatłuczony klapkami na żywca. Nie dotrwałem do końca. Jak dla mnie było to zbyt monotonnie. Nie znam aż tak bardzo Avantasii by wytrwać na ich specjalnym koncercie trzy godziny. Po godzinie dałem spokój i wyszedłem odprowadzany wzrokiem wściekłych Czechów, którym przeszkodziło się w celebrowaniu chwili. Godzinka jak dla mnie wystarczyła. Gdyby to była Metallica albo R+ to i cztery by się wytrzymało, ale nieznany zespół odpuszczam.

I to tyle z tegorocznego MORa. Było fajnie choć w składzie obejmującym moją osobę i ludzi, którzy mnie podwieźli. Jednak muzycznie trochę się działo. Czy byłoby tak samo jak na Castle Party? Nie wiem. Nie chcę żałować tylko pamiętać, że to był dobry czas. Pozostaje CP za rok, które znowu jest wcześniej i znów zahacza o MORa. Trzeba będzie uważniej popatrzeć na składy i zdecydować. A póki co „Powerwolf” rządzi i udowadnia, że moc jest wielka.

“When the moon is high
Told you soon will die”

 

Brutal Assault 2012 – part 3

 Relacja  Komentowanie nie jest możliwe
wrz 212012
 

Pozostał ostatni dzień batalii na Brutalu. Dziś zagrają ostatnie gwiazdy i już jutro czas zbierać się do domu. Jednak to nadal jeszcze jeden dzień, który przyniósł naprawdę sporo wrażeń. Zaczęło się skromnie bo od mleka, które kupiliśmy a które okazało się kefirem. Mleko, które wcześniej kupiliśmy, zmroziła nasza lodówka na kamień. Jednakże śniadanko przy takich zasobach, jakie mieliśmy było ucztą. Co prawda arbuz zamienił się w lodową bryłę, reszta jedzonka przetrwała lodowy atak lodówki i można było dokończyć paprykowe kiełbaski, parówki z serem czy serek i dżemik. Nawet przemykający Terror coś mało się odzywał i nie był już taki ochoczy do rozmów. Niemiecka para oczywiście wcześnie z rana zwinęła się i umknęła. Wyglądali na niewyspanych ale to niemożliwe, gdyż od 2 w nocy już była cisza i można było przespać całe 7 godzin. Na nas też przyszedł czas bo na dziś zaplanowaliśmy spacer do lasu. A tam…

Continue reading »