Cze 192011
 

Niedziela zapowiadała się pysznie. Z rana śniadanie – ostatnie u Frau Busch. Przy nim rozmowa z państwem doktorstwem spod Monachium, którzy przyjechali tu odpocząć. Powiedzieli, że w niedzielę dobrze jest jeździć bo nie ma na drogach TIRów i nie są przez to tak zatłoczone. To dobra nowina dla nas i dlatego podbudowani spakowaliśmy się i ruszyliśmy. Mieliśmy przebić się do Czech jak najszybciej by nie płacić za noclegi w twardej walucie i wreszcie czuć się jak u siebie. Wszystko tego dnia zapowiadało się dobrze. I trwało do wyjazdu na autobahn do Hamburga.

A tam pandemonium, armagedon, Sodoma i Gomora. Sznury pojazdów po horyzont. Klaksony, flagi Wacken, pijani i krzyczący ludzie. Niektórzy spali za szybami, inni jeszcze bawili się komórkami albo oglądali widoki wokół. Na zmęczonych jazdą w takim korku czekały atrakcje w postaci dziewczyn machających na powitanie z mostów, poboczy i nie tylko. Flagi wielu krajów co i raz mijały nas lub my ich mijaliśmy. Brakowało nam ponad 50 kilosów do miasta ale jechaliśmy tam parę godzin co jakiś czas słuchając radia, którego audycje wpadały przez okno z innych samochodów. Człowiek nie rozumiał ani słowa, ale załamanie Niemców było więcej niż wymowne. Musieliśmy poddać się podróży i turlać się do Hamburga. Taki stan rzeczy spowodował niewątpliwie Wacken, ale nie tylko. Remont tunelu pod Łabą w Hamburgu zamknął jedną nitkę przelotową i to wywołało opóźnienia. Jednak to też nie do końca tak. Jak już dobrnęliśmy do Łaby, wyjeżdżając z tunelu minęliśmy wielki port w mieście i ruszyliśmy czym prędzej na południe, po kilku kilosach znów wpadliśmy w korek. Noż kurwa mać. A miało być tak ładnie. Faktycznie TIRów było mało, ale za to osobówki zajebały całą drogę. Jechało się w koszmarnym tempie i plany dotarcia dziś choćby do Wolfenburga oddalały się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do tempa podróży.

Malowniczość okolic i muzyka uciekły na dalszy plan bo wszyscy byli przybici drogą i znużeniem. Zbyś wytrzymywał, ale widziałem że miał ochotę wyjść z Wilka, podejść do dowolnego germańskiego auta i kopnąć aż by odpadł błotnik. Do tego było gorąco, duszno i kurewsko niewygodnie. Godziny upływały a my w tempie „chorkyże śliże” pełzliśmy na południe. Nie przymierzając jak alianci pod Arhnem. Na horyzoncie grzmiało i błyskało. Nie zapowiadało to nic dobrego tym bardziej, że parę dni temu słyszeliśmy o tym, co stało się na Odrze i powodziach na Dolnym Śląsku. W tej chwili to się nie liczyło. Nawet zjazd do McDonalda był obstawiony i ciężko było zaparkować. Wszystko było obstawione czarnuchami i ten widok towarzyszył nam jeszcze bardzo długo.

Jednakże tych pięknych autostrad mieliśmy już serdecznie powyżej Tublatanki !! Skoro jest tłoczno na autobahnie zjechaliśmy z głównej autostrady północ-południe na wschód by udać się do Wolfenburga. Jednak wraz ze spadkiem ruchu zmieniła się droga. Co prawda nadal był to wysoki standard, ale po przejściach w korkach wszystko drażniło. Robiło się późno a my nie mieliśmy nic na zaczepkę by choć przespać się na szybko. Podjeżdżaliśmy pod Wolfenburg i rozglądaliśmy się za noclegiem. Nie było sensu pchać się do centrum bo nie wiadomo czy tam coś by było. Udało się znaleźć coś niewielkiego i nawet fajnie wyglądającego. Problem był tylko taki, że nikogo nie było. Musieliśmy czekać.

Pokoik był mały, ale wygodny. Telewizor, łazienka i widok na stojącego poniżej wilka to było to, czego wszyscy potrzebowali. Trzeba było graty wnieść na drugie piętro po wąskich schodach, ale dało radę. Potem prysznic, trochę germańskiej TV (niemieckie Star Wars) i spanie. Wszyscy byli wykończeni i nawet na Inwejżiona nie było ochoty. W telewizji mówili o deszczach na granicą z Polską i powodziach, nie to że rozumieliśmy dojczlandzki język, ale mapki były znajome. Nie wyglądało to najlepiej a wynikające stąd wnioski nie były ciekawe. Mieliśmy uderzyć jutro na Lipsk i Drezno, ale to było mało ciekawe bo mogły być objazdy i zatrzymania w ruchu. Drezno leżało za blisko polskiej granicy i coś takiego mogło wystąpić na trasie. Dlatego chcieliśmy minąć Lipsk i potem uderzyć bezpośrednio na południe przez lasy do Czech. Tym samym już jutro mieliśmy trafić do Pepików. Zrobiło się lepiej na duszy. Zasnęliśmy dzięki temu w spokoju.

Poniedziałek wstał deszczowy i zimny. Zebraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Było to dzień powszedni i wrócił spokój na drogi. Obecność TIRów nie przeszkadzała i okazało się, że lepiej było jeździć niż w weekend. Jechało się chyżo a z głośników leciała świetnie budująca klimat muza elektroniczna. Nie było żaru z nieba, czasami polało a droga szybko umykała spod łap wilka. Mijaliśmy fajne tereny, gdzie dużo było lasów i pól. W bocznym lusterku widzieliśmy jak burzowe chmury goniły nas co jakiś czas ale nie dogoniły. Zrobiliśmy zakupy w postaci pysznych parówek z serem zatopionym w środku i buły. Zjedliśmy na parkingu pod Lipskiem. Przy wtórze przejeżdżających pociągów udało się pokonać śniadanie i można było ruszać dalej.

Droga na południe wiodła krętymi drogami i przez naprawdę malownicze tereny. Zbliżaliśmy się do gór. Fajne jeziorka, lasy, okoliczne domki i wystroje podwórek. Czuć było, że to dawny enerdówek, ale i tak sporo lat świetlnych przed Nami. Kwintesencją klimatu był pomnik radzieckich żołnierzy stojący przy drodze w gęstym lesie na niewielkim wzgórzu. Znaleźliśmy go przypadkiem szukając zjazdu do granicy. Zatrzymaliśmy się przy nim by popatrzeć i okazał się autentycznym pomnikiem, z nazwiskami pisanymi cyrylicą i gwiazdą czerwoną wpisaną w podstawę obelisku. Obelisk stał na wzgórzu a dojście do niego przypominało transzeje wojskowe i elementy bunkrów. Taka perełka się trafiła jak nigdy. Bo oczywiście na mapie nawet śladu o takim miejscu nie było. Zrobiliśmy kilka zdjęć, małą kolkę i ruszyliśmy dalej. Został już ostatni etap w Dojczach i po nim zawitaliśmy do Czech. Sam wjazd do Czech zrobił na nas spore wrażenie ponieważ wyjeżdżaliśmy z górskiego terenu na niziny. Droga wyglądała jak wielgaśny zygzak którym coraz niżej zjeżdżaliśmy z Niemieckich lasów do Pepolandii. Nie muszę wspominać, że widok był okazały.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)