Cze 232011
 

Wszystko póki co było zgodne z planem. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć miejsce do spania i plan by się wypełnił w 100%. Trochę kluczyliśmy po okolicy bo jak na złość pensionów nie było za wiele. Od miasta do miasta, od wsi do wsi, jeździliśmy wszędzie. Czasami pension nie istniał choć był drogowskaz a czasami był tak daleko, że nie udało się do niego nawet dojechać. Wtedy naszą uwagę zwróciło coś, co się nazywało „U Jezu”. Minęliśmy to miejsce, ale po godzinie okazało się, że jednak może to być nasz cel. Tajemnicza nazwa okazała się tym, czego potrzebowaliśmy. „U Jezu” okazał się ośrodkiem (z wyglądu wczesny PRL), gdzie niczym na koloniach były łóżka, stołówka z głowami jeleni oraz kanałkiem za oknem. Ów kanałek okazał się być jazem budowanym przez Polaków i stąd nazwa tego miejsca – „U Jezu” czyli „Przy Jazie”. A my początkowo spodziewaliśmy się jakiejś plebanii „U Jezusa”. To miejsce zarządzane było przez towarzystwo jak spod budki z piwem, palące przed wejściem do hoteliku. Pokoik też nie był najświeższy, ale dał radę. Przynajmniej by przetrwać do jutra i być już jutro w Pension Doctor. Na kolację ruszyliśmy do miasta, gdzie przy okazji zwiedziliśmy okolicę i poznaliśmy tajemnicę sekretów kuchni czeskiej – stek z kangura. I wreszcie dane nam było spróbować Kofoli. Z kija. Przy okazji mogliśmy podśmiewywać się z kuchni w hotelu, w którym postanowiliśmy coś zjeść. Chociaż pewnie kurierem nie przesyłali dań z innej restauracji lub produktów z Kauflandu, ale śmiechu było sporo. Najważniejsze było to, że zjedliśmy, napiliśmy i mieliśmy gdzie pograć w Inwejżiona. Agniecha zmierzyła się z Silent Hillem na PSP. Kolejny udany dzień i coraz bliżej do Brutala. Dziś przynajmniej już byliśmy we właściwym kraju.

Wtorek na czeskiej ziemi zaczął się słonecznie. Zjedliśmy śniadanko – o dziwo nawet było – a potem już ruszyliśmy na miejsce czyli w stronę Josefova i Brutala. Trasa, którą udaliśmy się na miejsce do złudzenia przypominała tą sprzed dwóch lat. W końcu nie było to dla nas nic nowego i Zbyś czuł się tu jak u siebie. Mijaliśmy te same wioski i te same sklepy. Nawet zrobiliśmy popas w legendarnym miejscu, które od zawsze kusiło nas swoim czeskim brzmieniem – „Melnickie Wtelo”. I byliśmy tam! Chłopaki od kombajnów zrobili tam sobie wyścigi a my, stojąc przy kościele, zjedliśmy niemieckie parówy z serem i chłonęliśmy atmosferę miejsca. Well… Czechy… :)

Kolejne miasteczka zostawały za nami i wreszcie po południu zajechaliśmy pod…. Ta daaa… Pension Doktor czyli około 15 kilosów przed Jaromerem/Josefovem. Było gorąco jak cholera, ale udało się !! Zamawiałem domek w ogródku, ale z jakiś powodów nie było to możliwe. Dostaliśmy za to pokój, który na najbliższe dni musiał nam wystarczyć. Był gorący i duszny, ale był telewizor, własny kibelek z prysznicem i nawet taniej nam puściła zarządzająca tym interesem Pepolka z uwagi na to, że zamawiałem co innego niż dostałem. Przynajmniej trochę odetchnęliśmy i już zaczęliśmy planować co dalej. Jutro trzeba było załatwić bilety – to był pewnik. Polecono nam obejrzenie Zoo w Dwur Kralove, co też zaliczyliśmy do koniecznych wizyt. I poza tym to już nic więcej. Pozostało teraz tylko zjeść kolację, pograć na PSP i pójść spać. A co do kolacji…

Muszę to szerzej opisać bo to fenomen na skalę europejską. Otóż miejsce na kolację na dziś i na kolejne dni znaleźliśmy całkiem niedaleko od pensiona. Przy polnej drodze, z dala od głównych szlaków, stała sobie karczma. Ot, wiele takich – parasolki, pomieszczenie dla gości i piwo. Wystrój bardzo czeski bo w drewnie i ze ścianą pełną etykietek po piwie i wypchanego zwierza. Całkiem miło i sympatycznie a to tego chłodno, co przy skwarze z nieba było czystym błogosławieństwem. Jednak nie to było fenomenem a to, z czego powinna słynąć każda restauracja – z menu. Pierwsze co nas uderzyło to fakt że menu było również po polsku. A co – w końcu byliśmy blisko granicy, ale w takiej zapadłej dziurze dostać menu po polsku to już ewenement. Drugą rzeczą był skład menu – bardzo bogaty jak na takie miejsce. Nie był to cały segregator pozycji ale kilka kartek ze specjałami, które od samego czytania wywoływały ślinotok. Wszystko tak wyszukane i odmienne od klasycznego schabowego, że mieliśmy wątpliwości czy to będzie podane, a jeśli już to pewnie w dość zastępczej formie. A tu zatkało kakało – wszystko było i to tak, jak napisane. Smakowało wszystko zajebiście – tego inaczej nie da się określić. Do tego były prawdziwie pasterskie porcje od których bebechy tak rosły, że aż strach. Dodać należy, że wychodząc stamtąd to się turlaliśmy i baliśmy się, że się z nas uleje. To wszystko za taką cenę, że aż strach. W dojczach za taką kasę może byłaby zupka i pół piwa. Tutaj była przystawka, pierwsze i drugie danie, a na deser lodzik, a w zasadzie pucharek. Po prostu każdy musi tam zajrzeć i samemu się przekonać. Właściciel po kilku dniach już tak się nas opatrzył, że już rozpoznawał nas i witaliśmy się od progu. Wystarczyło że siadaliśmy a gość już biegł z kapuśniaczkiem. Ech…aż łezka cieknie na samo wspomnienie że o ślinie nie wspomnę. A na koniec ostatnia atrakcja lokalu czyli klasyczny forfiter. Wtedy jeszcze nie znaliśmy forfitera, ale w tej knajpie on poznał nas. To gumowa zabawka przedstawiająca krokodyla – z otwartą, naderwaną paszczą i super elastycznością. Poza nim była jeszcze cała masa zabawek, którymi się bawiliśmy w oczekiwanie na dania. Wielkie bitwy forfitera z dinozaurem (połykał my w całości głowę) czy psem pedrylem albo samolotem – atak Godzilli lub drewnianym wężem przeszły już do kanonu zabaw. Forfiter zjadał ich wszystkich! Takiej zabawy dawno nie miał nikt z nas. Czad!!!!! I to przez duże Cz!!!!!!!

Środa to ostatni wolny dzień przed samym Brutalem. Dziś w planie było oczywiście leniuchowanie w wyrku, czas wolny, zakup biletów oraz udanie się do zoo. Zoo jest duże, fajne i naprawdę bogate w zwierzaki. Mają tam wszystko – od żółwi i węży po safari z lwami i wybieg dla małp. Człowiek się napatrzył na to wszystko i z podziwu nie mógł wyjść. Zakupiliśmy na pamiątkę tego zdarzenia świńskie ryje z lateksu. Nie trzeba było nam ze Zbysiem powtarzać, żeby je kupić. Miały się przydać na koncert świniarzy. A takie ryje nosiliśmy przez całe zoo co wprawiało w zdziwienie zwiedzających. Zamówiłem nawet zmarzlinę z takim czymś na twarzy. Pani sprzedająca wykazała się profesjonalizmem i nie parsknęła śmiechem choć pewnie mało brakowało. Zostawiając na boku maski to zoo było na wykurwie. Mieli wszystko co się rusza, skacze, pływa, lata i pełza. Małpy jadły gówno, hipopotam srał na wszystkich, hiena prężyła się za szkłem a ptactwo srało na ludzi w hali wolnych lotów. Zjadło nam to pół dnia a i tak nie wszystko dało się obejrzeć. Może jeszcze kiedyś uda się zwiedzić wszystko wraz z safari.

Potem przyszła kolej na zakup biletów i małe zakupy w Realu. Tradycyjnie zakupiliśmy je przed wejściem w samym Jaromerze, gdy otwierano bramy po raz pierwszy. Tradycyjnie była cała masa ludzi, kolejki nie wiadomo do którego okienka i sfrustrowani ludzie czekający na jeden listek. To też zajęło trochę czasu, ale przynajmniej można było pobratać się z ludźmi, pogadać i posłuchać. Okrzyki „Gdzie jest krzyż?” wybuchały co jakiś czas świadcząc, że nas Polaków, jest tutaj jak zawsze dużo. Pierwsi niezłomni kładli się już po rowach i poboczach. Dostaliśmy wreszcie bilety i weszliśmy kontrolnie na teren festiwalu. Znów czerwone mury twierdzy miały spłynąć muzyczną krwią z samych trzewi i płuc wyrwanych z otchłani demonów. Jak zawsze czekały na słuchaczy dwie sceny, rzędy toytojów, smażone kuracze mięso, stragany merczów, żarcia do rozparcia i palety do siedzenia. Zapowiadała się brutalowa uczta i już jutro mieliśmy jej doświadczyć.

Wieczór na czeskiej wsi zakończył się w naszej knajpie, przy placku węgierskim i walkach forfitera z innymi zwierzakami. Jutro miał zacząć się trzeci i ostatni z wielkich festiwali – ukoronowanie podróży w tym roku i zarazem przypieczętowanie zdobycia korony festiwalowej Europy. Zapraszamy do czytania.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)