Paź 142010
 

„Petrobusze , Petrobusze hej”

Słońce, żar i gorąc. Tak zaczął się dzień, który kontynuował upały z dnia poprzedniego. W pokoju było bardzo gorąco mimo otwartego okna i zaciągniętych żaluzji. Nawet fakt że okna wychodziły na stronę zachodnią nie miał najmniejszego znaczenia. Prysznic pomagał tylko przez parę minut, po których znów człowiek był zlany potem i czekał na kolejny. Jedynym rozwiązaniem byłby chłodniutki basen. Zebraliśmy się szybko by dotrzeć do Vizovic i zobaczyć jak to wszystko wygląda, gdzie można zaparkować i czy można już było odebrać opaski na rękę. Potem mieliśmy ruszyć do Lachovic by poszukać noclegu. Plan był prosty – zaczęliśmy go realizować. Do Vizovic było dość blisko – raptem parę kilometrów. Ciągnących czarnuchów było widać wszędzie. Namioty rozbijane były na poboczach, na łąkach i w ogródkach. Samo miasteczko zostało całkowicie oblężone i zatkane. Przygotowano wszędzie parkingi i miejsca do biwakowania. Pole wymiotowe wyznaczono na okolicznych polach i pastwiskach na wzgórzach. Zjechaliśmy z głównej drogi na parking zgodnie z drogowskazem ale okazało się to w chuj daleko. Jednakże nie byliśmy wtedy tego faktu świadomi i zostawiliśmy wilka gdzieś w szczerym polu, na słońcu i w pyle drogi. Asfalt się kruszył a kolejka samochodów za nami rosła i rosła. Ludzie spali, pili, grali w karty i słuchali muzyki. To wszystko na drodze, bo potem ruszyliśmy przez pole wymiotowe na tereny festiwalowe. Namioty, smród i kupa ludzi – to codzienność atakująca zewsząd. W lesie orki, na polanach śpiochy a pod parasolkami już pierwsze ofiary mastersów.

Właściwym miejscem, gdzie odbywa się granie i zalega cały tłum słuchających jest teren wytwórni likierów i śliwowicy „Jelinek”. Na parkingach ustawiono sceny i miejsca do siedzenia choć bardziej przypominało to plac przeładunkowy. Pomiędzy halami i rozlewniami ustawili się mercze, żarcie i namioty z piwem. Było gdzie chodzić i nawet usiąść, choć obejście wszystkiego nie było specjalnie długie. Główna scena zajmowała centralną część placu i robiła spore wrażenie. Nazwano ją James Dio Stage i kilkukrotnie podkreślano tą nazwę oraz smutny powód jej nadania. Istniała jeszcze boczna, mniejsza scena, gdzie grały zespoły z drugiej ligi (90% Czeski Metal). Często napierdalali nawet dość mocno przez co dźwięk czasami się przebijał między scenami i było słychać co dzieje się u sąsiadów. Było to nieocenione w przypadku chociażby koncertu Tarji, ale o tym później.

Na teren jeszcze nie można było wejść więc klasycznie odbiliśmy się od bram. Na scenie słychać było próbę piania Tarji, wtedy było to dość interesujące, ale miało się to zmienić wieczorem. Ogarnęliśmy więc po czeskiej zmarzlinie i ruszyliśmy pod górę do Wilka.

Musieliśmy załatwiać nocleg na następne dni bo z Hotelu Sole mieli nas jutro wywalić. Podbudowani tym, co dzieje się wokół terenu festiwalu ruszyliśmy to Lachovic (rzeczywista nazwa to Luhacovice ale jakoś przylgnęła inna).

Rzeczona miejscowość okazał się typowo wypoczynkowym kurortem położony niecałe 20 kilosów od Vizovic. Dostanie się tam nie było trudne i wiodło przez malowniczą, krętą drogę przez las. Naprawdę fajnie to wyglądało i dobrze się nią jechało. Sama mieścina to zlepek domów wczasowych, pensjonatów i innych takich przybytków. Obejrzenie kilku i rozmowa o pokojach skutecznie nas zraziły. Skoro kurort to i ceny kurortowe. I wreszcie trafiliśmy do pani Macurovej i jej zakładu relaksacyjnego. O dziwo było sympatycznie, tanio i wygodnie. Wszystko co trzeba było – łóżka, łazienka, ręczniki, telewizja i stolik pod inwejżona. Dogadaliśmy się co do czasu oraz zapłaty i z wolną głową ruszyliśmy do Zlina. Nie wiedzieliśmy jeszcze co „Locha” nam zgotuje. Ale to będzie później i dojdziemy do tego w odpowiednim czasie.

Wróciwszy do Zlina podbiliśmy jeszcze do wujka Alberta po małe zapasy wody pitnej. To byłą dobra decyzja gdyż na wejściu przywitał nas wielki box – ARBUZÓW. Szybka decyzja i kilkukilowy owoc wracał z nami do hotelu. Na Bogów Metalu…. Co to był  za WYKURW !! Połowa arbuza to była kwestia 5 minut. Pozostała część powędrowała do lodówy. Odzyskaliśmy dzięki temu utracone siły. Na zewnątrz żar był okrutny ale na szczęście woda pod prysznicem kojąco chłodna. Została chwilka którą wykorzystaliśmy maksymalnie  – inwejżon.

Wreszcie zrobiło się popołudnie. Festiwal się zaczął. Fioletowe opaski na rękach jako wejściówki pojawiły się na naszych nadgarstkach. Zaroiło się od czarnuchów. Koszulki wszelkiej maści, różnych zespołów i narodowości rzucały się w oczy na każdym kroku. To wszystko oczywiście w żarze, skwarze i upale. W kolejce do oficjalnego mercza panował ukrop. Pot spływał rowem ale w końcu udało się dostać koszulkę z logo Mastersów oraz program (po czesku (sic!)). Nie było żadnej wyprawki co wypadło blado przy Brutalu, nie mówiąc już o Wacken. Ważne, że był festiwal a reszta to sprawa drugorzędna. Jak spojrzy się na rozpiskę festiwalową to od razu rzuci się w oczy sposób ustawienia kapel. Na początek Czesi, potem rozgrzewacze a wieczorami gwiazdy. Czechów trochę posłuchaliśmy i niewiele się zmienili od tego, co mieliśmy w samochodzie. Można ich było z całą pewnością sobie odpuścić. To tak, jakby u nas przed Comą grał Krzysiek Krawczyk albo Perfect przed Vaderem. Czas ten spędziliśmy na dalszym odkrywaniu tajników Mastersów. Jednym z nich  był dźwig, skąd można było skoczyć na bungee. Toi Toje były oblegane, a liczni uczestnicy przechadzali się wokół prezentując tu i tam swoje wdzięki.

I tutaj zatrzymamy się na troszkę. Siedząc sobie na murku i opierdzielając kolkę za kolką patrzyliśmy na całe to towarzystwo przewalające się przez przejście przed nami. Patrzyliśmy i czasami ze zdziwienia otwierały się nam szerzej oczy. Wszystko da się zrozumieć ale niektóre kreacje albo ogólny styl i fason ubierania się otwierały nóż w kieszeni i wywołały niejednokrotnie mdłości. Czesi jakby zmówili się i postanowili nawiedzić festiwal w sandałkach (hardkorowcy zakładali do tego skarpetki). Jeśli szedł jakiś fan metalu i miał sandałki to był to na 95% Czech. Coś fatalnego. Koszulka Gorgorotha czy innego oblecha, spodnie w ćwiekach i łańcuchach, a na nogach…fioletowe kapcie z giętkiego plastiku. Ja pierdolę! Drugim trendem byli klaciarze. I to na zasadzie: im ktoś ma większy brzuch, tym chętniej chce go pokazywać. Nie trzeba chyba dodawać, że miejscami obleśność niektórych wykręcała włosy w nosie. O ile jeszcze u faceta jakoś to uchodzi – on z natury jest oblechem, ale jeśli dziewczyna coś takiego eksponuje to robi się to już podwójnie chore. Jak czasami przepłynęła taka ławica waleni to aż stoliki się przesuwały bliżej ścian. Czy ci ludzie nie widzą się w lustrze? Masakra. Osobną kwestią była sama uroda miejscowych dziewcząt i gdyby nie tych kilka ładnych Polek to byłaby kompletna tragedia. A mówią, że Czeszki są ładne. Taaaa…

Opici, najedzeni parówkami i gotowi do zażycia dawki prawdziwej muzy ruszyliśmy na płytę festiwalową. Zaczęliśmy od Axela Rudiego Pela, czyli niemieckiej gitary rockowo-metalowej. Na perkusji oczywiście Mike Terrana. Było nawet fajnie – skoczne melodie i fajne riffy. Faktycznie ten dinozaur rocka daje radę. Pod koniec śpiewak z kapeli wszedł w paradę dla Mikea (oczywiście w żartach). Ten się kurzył i powiedział, że sam też umie śpiewać i to zrobi. Zaśpiewał. Nie było to może coś odkrywczego (Sinatra wiecznie żywy) ani muzycznego (Mike jednak lepiej bębni niż śpiewa), ale wprowadziło to ożywienie i odpędziło zamulenie. Jak się potem okazało Mike nie poprzestał tylko na graniu z Axelem. Miał swój udział w koncercie Tarji oraz okienko festiwalowe przeznaczonym tylko dla niego. Prawdziwy multi-kapelowiec.

Chwila przerwy i zaraz wjedzie Tarja. Byliśmy ciekawi jak wypadnie. Miała śpiewać z chórem i orkiestrą, nawet niektóre kawałki Nightwisha, więc mogło być coś naprawdę fajnego. W tłumie rozlegały się co chwila nawoływania – „TAAAARRJUUUU” !! Pod sceną zaroił się spory tłumek fanów w czapkach kowbojskich, tłum falował, niepritomni spali na stojąco, ktoś krzyczał, płakał, bekał, pierdział. Jeszcze parę chwil, zaraz wejdzie ONA i……….okazała się jedna wielka KUPA. Nie dość, że Tarja miała prawie 40 minut opóźnienia, to jeszcze zaśpiewała wszystko tak … jak nie powinna. Z chórem zarzuciła kilka bajek (na operową modłę), czego nikt się nie spodziewał. Myślałem, że tak musi być i potem już pojedzie, ale nie pojechała. Ten sam styl śpiewu zastosowała do wszystkiego – nawet kawałki Nightwisha, które popełniła, też tak zostały zaśpiewane. Ja rozumiem, że Pani chce się wyżyć i zaśpiewać tak, jak jej w Nightwishu nie pozwalali, ale teraz już rozumiem dlaczego tego nie chcieli. Ani to rock ani metal – może opera albo coś jeszcze innego. To pewnie wie tylko sama Tarja (oby). Robi z siebie wielką gwiazdę a w rzeczywistości to kolejne odcinanie kuponów po sławie z Nightwisha. Tylko na ile tych kuponów starczy? Rock czy metal ma to do siebie, że COŚ w nich musi być takiego, co od razu da się rozpoznać. Słucha się kawałka dajmy na to Madonny, ale zagranego nie popowo tylko właśnie inaczej i od razu można to rozpoznać a nawet może się to podobać (vide covery „Blue monday”, „Spin me around” czy „Hurt”). Jeśli już Tarja chce śpiewać jak diva to niech śpiewa. Zawiera elementy tego w kilku kawałkach, przemyca umiejętnie i pokazuje w najmniej oczekiwanych momentach. To byłaby moc. A tak wychodzi coś niestrawnego powielanego z piosenki na piosenkę. Gdyby to było dobre, to opera zapełniłaby się metalami a tak nie jest. To chyba o czymś świadczy.

Zmęczyła nas ta Tarja. Chciałem obejrzeć do końca, bo może coś tam się zmieni. Niestety nic to nie dało. Ludzie jak na ironię byli rozentuzjazmowani tym kiczem. Nie mieliśmy stosownych kapelutków więc artyzmu w jej występie nie doświadczyliśmy. Może to kwestia rezonansu? Lepszego przepływu fal? No idea. Nieoceniony był gest jednego z fanów który machając na bok ręką pokrzykiwał – „Go Home”. Ten gest i przekaz stał się bardziej jasny gdy dostrzegliśmy wielki napis Sabatona na plecach. Fani już się gromadzili na nocne show Szwedów. Po Tarji wszedł Mike Terrana, ale do końca nie wytrwaliśmy. Grał dużo lepiej niż Tarja choć wyłącznie na perkusji. Na scenie obok było słychać jak produkuje się Dymytry i żałowaliśmy, że na Tarji nie poszliśmy posłuchać tego czeskiego Slipknota. Teraz już będziemy wiedzieć co i jak. Na Tarję się nie chodzi.

Na sam koniec miał zagrać Sabaton i szkoda tylko że wstawili go tak późno (+ 40 minut obsuwy dzięki Tarji). Chłopaków słuchaliśmy w czerwcu w Warszawie, więc można sobie było ich odpuścić. A szkoda bo podobno było rewelacyjnie co w sumie nie dziwi. Szwedzi zawsze dają radę i są wykurwiści. Przez 2 godziny siedzieli i podpisywali bilety, koszulki i biusty. Zgodnie z zapowiedziami chcieli mieć dużo czasu dla fanów. I oto chodzi.

Wracaliśmy po nocy do Zlina. Na szczęście kofola w bagażniku zmieniła smak pyłu i kurzu w cudownie cierpki posmak festiwalu. Wilk stał na jakimś parkingu nieopodal rzeczki i cieszył się z bliskości innych aut. Całe szczęście tym razem zaparkowaliśmy już w samych Vizovicach i nie musieliśmy dymać przez pole wymiotowe i omijać śpiących lub pijanych fanów Tarji. Ostatnia nocka w hotelu Sole i jutro przenosiny do Lachowic. Eh, i ten głos przejeżdżającego pod oknem pociągu o 3 rano, bezcenne.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)