Paź 192010
 

„…by the sword…czing..czing”

Dziś miał być dzień Manowara. W głośnikach leciał od rana. Przy pakowaniu bagaży świstały miecze, ryczały głośniki laptopa i grały gitary. Sprawnie rano opuściliśmy hotelik i ruszyliśmy na południe, do kurortu. Pomimo wczesnej godziny, 8.00, żar lał się już z nieba strumieniami. Temperatura w cieniu sięgała trzydziestu paru stopni. Powietrze nad asfaltem drgało jak na pustyni. Zero chmurek na niebie. Krótka wizyta w Albercie i ruszyliśmy. Na miejscu byliśmy zgodnie z planem i zadomowiliśmy się w pokoju. Widok na las i wzgórza, spokojna ulica, wilk zaparkowany za bramą na podjeździe, 300 Koron od łba za noc – raj na ziemi. I jeszcze ten żar. Prysznic, telewizja i invasion – pełne korzystanie z uroków urlopu i festiwalu. Dziś czekało nas spotkanie z Królami Power Metalu i nie chcieliśmy nawalić.

Jednak zanim do tego doszło czekało nas jeszcze miłe spotkanie z Epicą. Fajnie grają, Simone – wokalistka – śpiewa ładnie i wygląda ślicznie. Zagrali wszystko to, co trzeba – „Cry for the moon” wyszło rewelacyjnie. Brzmienie kobiecego głosu w połączeniu z ostrymi gitarami wypada naprawdę dobrze. Tarja może się uczyć od Epicy jak powinno wyglądać granie i śpiewanie w takim tandemie. Jeśli kiedykolwiek chcecie wybrać się na koncert zespołu z babką na wokalu to Epicę polecamy w ciemno – tak jak Within Temptation, Xandrię czy nasz polski Unsun.

Po gotycko-metalowym brzmieniu przyszedł czas na legendę – Queensryche. Dali super koncert i choć było gorąco to dało się wystać i posłuchać. Nie mogło zabraknąć „Silent Lucidity” i jego ponadczasowego brzmienia. Niejedno metalowe serce zadrżało, gdy padły pierwsze takty tego kawałka. To też zapoczątkowało łopot flag. Często na koncertach widuje się flagi powiewające nad tłumem. Fajnie to wygląda, a na żywo jest jeszcze lepsze. Sporej wielkości flagi różnych narodowości na długich tyczkach (wędkach) wirowały nad głowami tworząc niesamowitą atmosferę. Polskie barwy słabo wypadły ale były – to się liczy.

W przerwie znów jechała cola, parówy, durum bądź dinner – kebab, chińskie nudle i tradycyjny obchód po merczach. Na koniec znów przysiedliśmy na naszym miejscu do obserwacji tłumu i po raz kolejny zalała nas fala sandałków, skarpet i gołych, owłosionych bądź wydepilowanych, torsów. Namiot z piwem był okupowany przez czarny tłum chroniący się przed słońcem. Torsiarze i sandałowcy straszyli zatem na głównych drogach z dumą prezentując swoje „walory”. Coraz więcej osób zdradzało zmęczenie ciągłym piciem przez co często chodzili już na azymut ku wyznaczonemu celowi. Oczywiście znanemu tylko im, bo zwykle z zewnątrz objawia się to tym, że taki osobnik prze w jednym kierunku nie zwracając uwagi na nic. Nie chce stracić celu z oczu. Szczęśliwie teren festiwalu miał sporo uliczek pomiędzy budami wszelakimi więc możliwe były ciągłe rundki i okrążenia.

Gdy wieczór zapadł nastał czas Manowara. Tłum znacząco zgęstniał że nie dało się za specjalnie ruszać, co i rusz rozlegały się nawoływania, zaśpiewy czy tradycyjne bekanie. Widać było to zacięcie na twarzach, rozbiegany wzrok, nikt nie wiedział co się zaraz wydarzy ale panowała ogólna świadomość uczestnictwa w czymś wyjątkowym, wielkim, podniosłym. Gość obok nas, z gębą jak neandertal dzielnie dzierżył dwie kule ortopedyczne, spod wąsików błyskały co i rusz przerwy między zębami, papieros wypalał się za papierosem a podniesione czoło zraszały kropelki potu.

Jakiś łepek co i rusz krzyczał : „Rooooonieeeeee” w hołdzie dla Dio, jeden niepritomny dotarł w okolice sceny, stanął na baczność i zasnął. Te minuty oczekiwania na gwiazdę zawsze są wyjątkowe i każdy przeżywał to na swój sposób. W końcu przygasły światła, jeszcze mały werbelek perkusji i kolejno wojownicy z Manowar zaczęli wpadać na scenę. Amerykańce wjechali na scenę i zagrali tak, że wiele młodszych kapel może im pozazdrościć. Obowiązywał pełen sztafaż powermetalowy czyli ćwieki, skórzane spodnie, gołe klaty, pióra na głowie i zaśpiew w głosie. „King of metals”, „Fighting the World” czy „Sword in the Wind” brzmiały przednio obok reszty nowych kawałków. Udowodnili tym samym, że są prawdziwymi Mastersami i na heavy metalu zjedli ostatnie zęby. Flagi furkotały w powietrzu i były chwile, gdy nawet sześć z nich łopotało i wirowało nieopodal sceny. Na zakończenie nastąpił pokaz sztucznych ogni nad polem wymiotowym. Sylwestrowa atmosfera zagościła na te parę minut. Nie było szampanów tylko lecące piwa, ale co tam. Bo najważniejszy jest wykurw :) To było soczyste półtorej godziny gdy publika jak jeden mąż drze ryja wyśpiewując wraz z wokalistą refreny i zwrotki hiciorów. Kolo od kul fruwał, był owładnięty bojowym szałem i wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać ze szczęścia. Kolesie, którzy początkowo stali ponad głowami tłumu na swoich styropianowych boxach, co i rusz znikali wciągani przez rozszalały motłoch. Wspomniane piwa przelatywały nad głowami zostawiając za sobą komety rozlewanego piwska. Duchota, skwar, łomot, gitary, aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa wokalisty. Dla takich chwil Metalowiec kocha swoją muzykę. Na zakończenie nastąpiło ostentacyjne wyrywanie struna po strunie z gitary basowej połączone z długimi solówkami. Wszystkie struny jak i kostki czy pałeczki od perki poleciały w tłum. Długie owacje i fajerwerki tylko podniosły decybele wrzasku uwielbienia i uznania dla Manowar. Zdecydowanie najlepszy koncert festiwalu.

Ten dzień to faktycznie dzień mastersów. Zagrały dwie kapele, które śmiało można uznać za dinozaurów w swoich klimatach. Manowar to klasa sama dla siebie. (Marcin: Pamiętam jak pierwszy raz natknąłem się na nich jakieś piętnaście lat temu albo i lepiej, gdy usłyszałem „Ulissesa”. Ten prawie 30 minutowy kawałek zmielił mnie na proch. Czegoś takiego nie słyszałem i już nie miałem usłyszeć do czasu wydania Czarnej Arii Danziga. Dla mnie stali się mistrzami power metalu. Nawet niemieckie dokonania w tej kwestii wygrywane przez „Halloween” czy „White Snake” nie dawały rady. „Fighting the world” równało wszystkich równo jako heavy metalowy hymn wszechczasów. Nie mówiło się wtedy o power metalu bo metal wtedy to było właśnie takie granie. Inaczej grali trashowcy, którzy napieprzali w gitary na mega wypiździe tworząc często naprawdę niezłe kawałki. Podnosił głowę black metal z norweskich czeluści, ale tak naprawdę liczył się ten pierwotny heavy metal grany przez Manowar, Accept, Annihilatora czy też Overkill a nawet Queensryche(wiem, miałem w niskim poważaniu niemieckie kapele, ale raczej to należy rozumieć jako Manowar, potem długo, długo nic i wreszcie reszta peletonu).)

Spływając potem ruszyliśmy po nocy do naszej nowej miejscówki. Żar uderzał nawet w środku nocy. Wszystko się na człowieku lepiło – od potu po kurz z pola. Wilczek zaparkowany był na parkingu w środku miasteczka, gdzie już pierwszego dnia postawiono kilka namiotów i zaczęto koczowanie (ale tam waliło). Mijaliśmy czarnuchy, które kręciły się wszędzie. Liczne bary i parasolki opanowane były przez spragnionych muzyki i wrażeń. Policja czujnie przyglądała się wszystkim, choć widać było, że chłopaki są tu wyłącznie na pokaz. Nie daliby rady metalowej fali, gdyby taka powstała. Na chętnych czekały także taksówki – kursik do Zlina to jedyne 500 koron. Przy chodnikach stali okoliczni mieszkańcy i sprzedawali medowniki, sery, lody i inne miejscowe żarło do późnych godzin nocnych. Każdy kombinuje jak może starając się zarobić na gościach festiwalu. Zaskoczeniem więc było gdy przy wyjeździe z Vizowich nagle zobaczyliśmy machającego Policaja. Dobry Den i Prawo Jazdy. Do tego obowiązkowe dmuchanie w balonik. Wynik „zero kropka zero” świadczył że kierowca jechał wyłącznie na colce i po chwili Pan rzucił hasło : „Na schledano”.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)