Paź 302010
 

„Slave shall serve”

Sobota, dzień w którym nadciągnęły chmury. Od samego rana, gdzieś na horyzoncie, było widać kłębiące się chmurzyska. Burza wisiała na włosku. Dodatkowo potęgował to (o ile to możliwe) zwiększony żar i duchota. W czeskiej telewizji trąbili głośno o fali nawałnic idących od zachodu i o zniszczeniach, których dokonały na północy kraju. Dawało to nadzieję, że może się w końcu trochę ochłodzi i będzie znośniej delektować się urokami imprezy. Z drugiej strony burza nad festiwalem…zapamiętajcie tą myśl. Jednak zanim popadało, to trzeba było przetrwać kolejną falę upałów. W inwazjona graliśmy polewając się kofolą i patrząc przez okno na niebo czy nic deszczowego nie nadchodzi. Spokojnie przeczekaliśmy największy południowy żar i wybraliśmy się na Behemotha na godzinę 18.00.

Polski akcent na Mastersach wypadł bardzo dobrze. Fani naprawdę solidnego grania wypełzli ze wszystkich możliwych dziur. Nergal i spółka wyglądali jak zawsze a że ukrop z nieba lał się w najlepsze to współczułem im w ich skórzanych wdziankach i z makijażem spływającym z każdą minutą. Urzekł nas jeden Meksykaniec, który nadciągnął z polską flagą i trzymał ją uparcie nad głową. Fajna sprawa, ale na dłuższą metę niepraktyczna bo zasłaniał wszystkim widok. Ktoś zwrócił mu uwagę i machanie flagą ograniczył do przerw między piosenkami. A Behemoth grał swoje. Ogromny banner za ich plecami przedstawiał okładkę z najnowszego albumu. Nie doczekaliśmy się Lucifera, ale dla Czechów to jak perły między wieprze. Było za to „ov fire and void”, „Slave shall serve” i „Christian to the lions” oraz cała masa innych fajnych kawałków. Chłopcy zaprezentowali się bardzo dobrze i dali z siebie wszystko. W porównaniu z czeskimi tublatankami wyglądali jak demony i zmietli wszystko i wszystkich. Po koncercie, podczas rozdawania autografów, udało nam się dopchać w pobliże zespołu. Już bez makijażu i strojów wyglądali normalnie i z uśmiechem podpisywali koszulki i bilety. To był bardzo, bardzo udany koncert. (Zbych: Patrząc teraz z perspektywy czasu, wartość tego spotkania z Behemotem ma dla nas o wiele większą wartość i znaczenie niż wtedy. Chodzi tu o obecny stan zdrowia Nergala. Wtedy był to dla nas kolejny super występ nie mając świadomości, że może być to jeden z ostatnich koncertów na którym byliśmy. Odrzucamy od siebie te złe myśli i rogi w górę dla zdrowia Nergala. Nie dopuszczamy do siebie myśli że możemy już Behemota na scenie nie zobaczyć. Adam jest za dużym madafakerem aby łatwo się poddać. Ta wiadomość miała nadejść gdzieś w okolicach Melnika jak jechaliśmy dwa tygodnie później na Brutala z Wacken. Teraz przypominam sobie pewnego SMSa od kolegi z Polski, że Nergal wylądował w szpitalu. Wtedy potraktowałem tą wiadomość jako chwilową niedyspozycję Adama, szybko się podkuruje i wraca na trasę, a tu taka bomba. No masakra. Zwłaszcza że jak opisał to Marcin na blogu, rok 2010 to smutny rok dla ciężkiego grania.)

Na ten dzień przewidziano jednak jeszcze więcej atrakcji. Kolejną był Primal Fear, który śpiewał nieoficjalny hymn imprezy – „Metal is forever”. Primal grał fajnie, szybko i głośno. Od czasu do czasu zmuszali do przytupywania co wyrywało się mimochodem i mimowolnie. O dziwo. Nie zagrali żadnego coveru  (Marcin: na co po cichu liczyłem. Zespoły niechętnie na takich imprezach grają takie rzeczy więc nawet się nie zawiodłem). Primal Fear gra szybko, co tylko podkręcało atmosferę przed kolejnym grajkiem. Ta muza może się podobać. Do parówy i bramboraka pasuje jak ulał.

Chmury zaczęły się gromadzić nad głowami. Nawet coś popadało, ale było tak gorąco i parno, że krople nie doleciały na ziemię tylko wyparowały w powietrzu. Te kilka minut opadów niczego nie zmieniło, ale czuło się w powietrzu zapach mokrego kurzu i ziemi. Ruszyliśmy z merczowych uliczek na plac by posłuchać Annihilatora. Ich temat jakoś wcześniej nas omijał więc cieszyła okazja do ich posłuchania na żywca. I naprawdę było warto. Gitarki wchodziły na nadświetlną gdy rozbrzmiał naprawdę godny speed. Ultraszybkie kawałki brzmiały super. Był oczywiście „King of the Kill” oraz zajebista „Alice in Hell”. Jeden gość przed nami miał nawet koszulkę odnośnie tego kawałka. Napis „No one listened to your fears, you’ve created me” i dziewczyna z czerwonymi oczyma wyglądały mrocznie. (Zbych: do dziś ta dziewczynka stanowi tapetę na mojej komórce, jest urokliwie paskudna) Koncertowo Annihilator to Bestia – szybka, brutalna i wykurwista. Jeśli będziecie kiedyś mieli okazję do zobaczenia ich na żywo (już w październiku w Wawie, na nieszczęście równo z koncertem Arch Enemy) to polecamy, bo naprawdę warto.

Po Kanadyjczykach zrobiło się czarno, wietrznie i zapachniało ozonem. Niebo przecinały błyskawice, z daleka niósł się huk gromu. Ludzie zaczęli uciekać na pole wymiotowe by zabezpieczać namioty, zaciągnąć szczelnie tropiki lub wrzucić na plecy coś przeciwdeszczowego. Oczywiście na niepritomnych nie robiło to najmniejszego wrażenia.  Co i rusz znajdowaliśmy w dziwnych miejscach uwalonych, narąbanych w trzy dupy zawodników. Im było wszystko jedno. Robiło się nieciekawie, a tu za niedługo miało grać Gamma Ray. Po kilku minutach narastania burzowej atmosfery postanowiliśmy jednak wracać. Gdyby zerwała się burza to tutaj nie mielibyśmy się gdzie schować a jazda samochodem gdy pioruny wokół napierdalają nie jest miła i bezpieczna. Do tego droga wiodła przez las gdzie gałęzie mogłyby fruwać po jezdni. Zebraliśmy się więc, odnaleźliśmy Wilka i ruszyliśmy do Lachowic, by już z pokoju rozkoszować się burzą i miłym chłodem, który przyciągnęła. Wchodząc do pensiona czuć już było na plecach i twarzy pierwsze krople deszczu. Chwilę później, gdzieś około 1.00, zaczęło padać. Włączyliśmy delikatnie muzę i rozegraliśmy kilka bitek w inwaziona. Kolejny dzień Mastersów został zakończony sukcesem i zobaczeniem kilku fajnych zespołów.

Potem jeszcze mycie się, wytarcie … ręcznikiem. Zaraz, zaraz…czy przypadkiem ręcznik nie powinien wisieć na wieszaku przy łóżku? Co on robi w łazience? Wszystkie otwarte butelki zostały zakręcone korkami, szklanki na stole zostały przewrócone dnem do góry. Siedząc i grając w Warhammera na PSP zastanawiałem się, czy nie mieliśmy gościa w pokoju. Zbysiu pomykający na Motor Storm Madnesie też tak sądził. Ponieważ nie mieliśmy innych podejrzanych poza Lochą (znaczy naszą panią gospodynią) to naturalne stało się przedstawianie możliwych scenariuszy, które się rozegrały. Ze śmiechu nie mogliśmy się jeszcze długo pozbierać. Bo jakoś trudno nam było wyobrazić sobie by nasza właścicielka ubrała się w czarne szorty i metalową koszulkę. Przynajmniej zrobiło się śmiesznie i w szumie deszczu zasypialiśmy.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)