Lut 122011
 

To już minął rok od kiedy działa ta stronka. Przez ten czas sporo się działo – o czym mieliście okazje poczytać. Mogę was zapewnić, że nie marnowaliśmy ze Zbysiem czasu i staraliśmy się zobaczyć ile się dało. Mam nadzieję, że również bawiliście się świetnie. Przed nami nowy rok i nowe wyzwania. Wiadomo, że nie będzie tak samo, bo byłoby nudno. A skoro czytacie tą stronkę to sami wiecie, że nuda jest dla nas czymś najgorszym. I możemy obiecać że będzie równie ciekawie, tajemniczo, dziwnie i śmiesznie. Rozpiskę koncertowo-festiwalową już macie z boku. Stronka już działa po tygodniowym pobycie w poczekalni i przepoczwarzała się by nowy rok zacząć od nowa :) Z zaległości, które jeszcze są przed nami to relacja wakeńsko-brutalowa z ubiegłorocznych Trzech Koron i mam nadzieję, że szybko uzupełnimy zaległości bo nowe materiały już pukają do drzwi. Zapraszam wszystkich serdecznie.Za to że byliście i czytaliście.

Hail! m/

Poniedziałek. Słoneczko na niebie, ciepłota w powietrzu i wizja dalekiej drogi przed nami. Rozpoczynamy drogę, której jeszcze  żaden wilk nie odbył. Drogę, która prowadzi niemal na drugi brzeg dalekiego morza. Drogę na Wacken. Od kilku miesięcy  szykowaliśmy się do tego i teraz, gdy brakuje kilku dni, ekscytacja sięga maksimum. Pierwszym etapem jest wyjazd z Polski i  dostanie się w okolice Berlina. Spodziewaliśmy się tego, że nie będzie łatwo i faktycznie nie było. Polskie drogi a szczególnie polska autostrada na Poznań to katastrofa. Nie dość, że nie wiadomo jak na nią wjechać to jeszcze płaci się jak za zboże co kilka kilometrów, obowiązkowo wyhamowując z 150 km/h do zera aby babeczka w budce zgarnęła 12 zeta za ostanie 20 km. Po obowiązkowym powrocie po zapomniane glany Zbycha ruszyliśmy na zachód. Ponieważ trasa biegła tak jak zazwyczaj jedziemy do Warszawskiego klubu Progresji, wspomnieliśmy że kilka miesięcy temu, na tej samej trasie, padło nasze postanowienie aby pojechać na Wacken. I w tym momencie uderzyliśmy na dzień dobry w mega korek, gdyż praca na stołecznych ulicach wre. Szczęśliwie morale mieliśmy wysokie, a Metallica dawała czadu, gdyż każdy nasz duży wyjazd akcentowany jest ich koncertem. W  bólach udało się przemknąć w okolice Łodzi, gdzie odbył się pierwszy „parówkowy” postój na stacji benzynowej. Potem walka z autostradą na Poznań i wypadliśmy już na „prostą” do Niemiec.

Łatwo można było rozpoznać  okolicę granicy – wszędzie stały do sprzedania gliniane lub drewniane krasnale, bociany, wiatraki, żaby, smoki, łosie i żubry.  Wszędzie stało tego tak dużo, że po kilku minutach przestaliśmy reagować śmiechem. Niemcy też pewnie mają niezły ubaw jadąc do  siebie i oglądając takie potworki. Ostatni hot-dog, dotankowanie na maxa i atak na Berlin.

Z głośników non stop leci muza, którą już niedługo usłyszymy na żywo. Mijamy polskie lasy i przejeżdżamy wreszcie granicę przy wtórze  Iron Maidenów. Strona niemiecka to już inna bajka. Proste drogi, szybkie autostrady i … szukanie winietki. (Zbych: już na wjazd zaobserwowaliśmy wzmożoną aktywność niemieckiej Polizei, oni jakoś tak groźnie wyglądają w swoich zielonych radiowozach. Małe obsranie potęgował fakt że nie mieliśmy pojęcia jak działa system winiet w Niemczech i tylko czekałem na sygnał światłami, kogucikiem i … HALT !!!!)

Głupia polska baba na  granicy nie powiedziała mi, że winietek potrzebują tylko TIR-y a nie Wilki. Dopiero średnio rozgarnięta dziewczyna na stacji  przy autostradzie próbowała nam to powiedzieć. Nie znała angielskiego i średnio szło, bo nasz niemiecki ograniczał się tylko do  „Nichr Schiessen” i „Hande Hoch” albo „Sterben”, „Noch ain mal”, „Zu zamen”, „Gemachen”. Pani robiła nierozgarniętą minę, pokazywała coś palcami, męczyliśmy się przy Winietomacie i ogólnie zgłupieliśmy. Tym bardziej że byliśmy już ze 20 km w Niemczech. Dopiero gość z polską rejestracją,  choć mówił z germańskim akcentem, powiedział o winietkach i osobówkach. Zakup koli w podłużnej puszce (hit sezonu) za grube euro i można było  ruszać dalej. Na Berlin!

Jechało się dobrze. Za oknem schludne ulice, czyste domy, zadbane wsie i wszechobecny porządek. Czasami się zastanawialiśmy,  kto tu wygrał wojnę. Zadbane trawniki i nawet domy w ruinie wyglądają jakoś inaczej. Niemiecki ordnung było widać wszędzie. O  tym jak może to wyglądać gdy jest się na prawdziwie zabitej dechami wsi mieliśmy się przekonać na dalekiej północy. Szok, jaki  przeżyliśmy, skutecznie zatkał nas na cały kwadrans. Ale to zostawmy na potem. Droga na Berlin układała się ładnie i prosto.  Autobahnem pędziło się cudnie, drzewa śmigały, Burger Kingi migały za oknem a na niebie robiło się coraz bardziej chmurzaście. Zbliżał się zmierzch gdyż z Polski wyjechaliśmy około 18.00, zmęczenie zaczynało być coraz bardziej odczuwalne. Wreszcie lunęło, przez co trzeba było zwolnić do 120 bo nie dało się szybciej jechać. I tak, w deszczu dojechaliśmy do Berlin Ring i zaczęliśmy szukać miejsca na spoczynek. Kluczyliśmy troszkę po miasteczkach, wypatrywaliśmy ogłoszeń penzionów, moteli i zimmer fraiów.  Zaczęliśmy mówić po niemiecku, co nie było takie trudne. Nawet fajny język choć nie wiem, czy Niemcy by nas zrozumieli :) Zaliczyliśmy pierwszy kontakt z okoliczną ludnością (Zbych: Marcin zagadał niemieckiego taksiarza o hotel, lecz jak zobaczyliśmy gdzie nas taryfiarz chciał odesłać, nawet nie zwolniłem Wilka. Za pokój pewnie z 50 euro od osoby byśmy zapłacili. A to nie jest nasz klimat, więc ruszyliśmy w okoliczne lasy.).

Miejsce odpoczynku znaleźliśmy w jakimś lesie w zajeździe położonym na uboczu, ale bardzo, bardzo ekskluzywnym. Było nam już wszystko jedno, ponad 10 godzin w trasie, wrażenia z polskich dróg oraz pierwszy kontakt z Niemiecką rzeczywistością mocno dawało się wszystkim we znaki. Nie  spodziewaliśmy się tego, choć cena trzydziestu kilku eurosów robiła swoje. Miła pani zapisała nas i dostaliśmy apartament. W  środku dwa pokoje, łóżka, TV, stolik, lodówka, Biblia po niemiecku i balkon, gdzie można było zasiąść i popatrzeć na skąpany w deszczu las. W TV leciała  relacja z olimpiady lekkoatletycznej i reklamy niemieckich środków do prania. Szybko się nudziło więc wbiliśmy się na jedno  piwko do barku. Kelner działał jak błyskawica i było widać, że liczba gości nie powala więc mógł rozwinąć skrzydła. Miejscowe  piwo było bardzo dobre – ciemne, zimne i o fajnym smaku. Aż nie chciało się stąd ruszać. Po chwili zadumy nad pierwszym dniem wyprawy, omówiliśmy co dalej i gadaliśmy o przeróżnych pierdołach. Po piwku w TV znaleźliśmy relację z Wrestlingu i przycieliśmy kilka partyjek w Inwasiona, grę karcianą w którą naparzaliśmy już podczas ostaniej wyprawy na Mastersów. Później kilka okrążeń na PSP, wybicie brygady plugawych Marines’ów i upragniony sen.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)