Lut 282011
 

Wtorek. Plan na dziś obejmował dojechanie w okolice Hamburga, więc już prawie na miejsce. W luźnych planach była jeszcze Lubeka, kilka  mieścinek po drodze, jakaś starówka albo i inne miejscówki warte obejrzenia. Plan zakładał, że opuścimy autostradę bo z niej nic  się nie da zobaczyć. Ruszyliśmy w deszczu by na obwodnicy Berlina wpaść w oberwanie chmury. Warkocze wodnej mgły ciągnęły się  za TIR-ami. Widoczność spadła do kilku metrów, woda zalewała przednią szybę i wycieraczki nie nadążały z jej zbieraniem. Z  głośników leciał Rammstein, piliśmy niemiecką kolę i jedliśmy niemieckie chrupki. Czuliśmy się jak czołgiści w czterdziestym  piątym, gdy zalewała ich niemiecka ulewa. Całe szczęście, że deszcz szybko minął albo szybko wyjechaliśmy z jego zasięgu –  tego nie wiemy do końca. W końcu pędziliśmy zaledwie 100 km/h bo w deszczu szybciej się nie dało. Poza zasięgiem opadów było już  ładnie i nawet słoneczko wyszło zza chmur. Zjechaliśmy też z autobahnu i wjechaliśmy na drożyny i bezdroża Niemiec.

Takie bezdroża to u nas mają drogi krajowe. Do tego ładny krajobraz, drzewa przy drodze, bociany na polach i soczysta zieleń.  Przejeżdżaliśmy przez urokliwe mieścinki, wioski i sioła. Wyglądało to zabójczo, ładnie i schludnie. W miasteczkach  obowiązkowo kościółek, remiza, zabytkowy rynek (rathaus) i kamienice. Widać, że ludzie dbają o to i odnawiają – nawet w takich dziurach,  których nie mieliśmy na mapie. To tylko potwierdziło pewną tezę, którą wysnuliśmy, że w większości przypadków ładny wygląd  jest potrzebny dla samych mieszkańców a nie dla turystów. Jak popatrzy się na polskie miasta, to pipidówek będzie zawsze brudny,  zniszczony i pełen pijanych miejscowych na ławeczce przed spożywczakiem. W Dojczach jest zawsze obowiązkowy ładny ryneczek, zadbane trawniki i Czystość. Takie detale można dostrzec  dopiero zjeżdżając z autobanu, ale naprawdę jest warto. Mentalność Niemców chyba nie pozwala na coś innego i to nie tylko w  jednym miejscu, ale w innych, do których trafiliśmy, jest podobnie.

Po kilkugodzinnym offroadzie znów wróciliśmy na trasę. Na jakimś postoju widzieliśmy czarnuchów, z flagami i głośną muzyką. Pozdrowienie  „różkami” to standard i nie trzeba nic więcej by wiedzieć, o co chodzi. To tylko pokazało, że już wszyscy zaczynają się  zjeżdżać. A ponieważ zostały tylko dwa dni to lepiej ruszyć i znaleźć miejsce, gdzie będzie można się zatrzymać. Po krótkiej naradzie odpadły zatem  wszystkie plany zjazdów, międzyprzystanków i od razu ruszyliśmy na Hamburg by potem odbić na północ i trafić już do Wacken.  Prując 140 na godzinkę zbliżaliśmy się do celu. Do samego Hamburga nie wjeżdżaliśmy tylko skręciliśmy wcześniej by wjechać do  Wacken od wschodu omijając duże węzły komunikacyjne i ewentualne korki. Z nieba lał się żar, kola szła litrami, a uszy  atakowała metalowa muza. Lekka nerwowość wkradła się w nasze poczynania, bo powoli ale systematycznie ogrom festiwalu zaczął do nas docierać. To już nie jest festiwal w Krakowie czy nawet Brutal, ale Wacken, który wielkością miażdży wszystko i wszystkich.  Przekonaliśmy się o tym parę dni później.

Późnym popołudniem trafiliśmy już w okolicę Wacken. Zjechaliśmy okolicę w poszukiwaniu wolnych miejsc, ale wszystko było albo daleko, albo zajęte, albo zamknięte. Udało się znaleźć miejsce na jedną nockę niedaleko Wacken, po drugiej stronie autobanhu na  północ. Było już po 20.00 więc zależało nam jedynie aby się gdziekolwiek schronić. Zajazd prowadziło małżeństwo, które dość swobodnie traktowało jego prowadzenie i byli dość rozrywkowi. Za ponad 40  eurosów dostaliśmy dwa pokoje z tv, lodówką i łazienkami. Tu już nie było luksusów, ale i tak standard był wysoki.(Zbych: To była moja najdroższa noc w Niemczech i morale ostro mi padły jak przeliczyłem że w dwa dni wyskoczyłem z około 100 euro, w tym prawie 80 za samo spanie.)

Za oknem  zaczęło padać. Zmokły krasnale stojące na trawie i ziemia nasyciła się odrobiną wody. Wieczorkiem podeszliśmy do Lidla na pierwsze hipermarketowe zakupy – ciastka, piwo, kola, miejscowy napój kolopodobny o smaku pomarańczy i owoce. Wszystko oczywiście w euro więc tanio  nie było. Niemcy są jednak drogie. Z łezką wspominaliśmy Czechy i nawet Polskę. Ale nie da się inaczej i tutaj, tysiąc  kilometrów od domu, nie było na co narzekać. W końcu niecałe 15 kilosów dalej było już Wacken. Po drodze do hoteliku podjechaliśmy tam by zobaczyć  jak to wygląda. Olbrzymie plakaty i bannery witające metalowców z całego świata uderzały na całej drodze. Miasteczka będące  na drodze zawalone były czarnymi flagami z krową w herbie. Na prawie każdej posesji stał maszt i powiewała tam właśnie taka  flaga. Zwisały z okien, opinały drzwi stodół i furkotały w kabinach traktorów i na rowerach miejscowych dziadków. Czarnuchy chodziły wszędzie taszcząc zgrzewki z  piwem i żarciem. Już w samym Wacken nie było już taryfy ulgowej – czarnuchy oblepiły wszystko. Siedzieli w ogródkach, na  ulicach, przy bankomacie i na trawnikach. Pole festiwalowe było OGROMNE. Przejechaliśmy obok, ale trwało to parę dobrych  minut. Tym bardziej, że ludzie bezładną masą wbiegali co chwila na ulicę, snuli się sznurkami po chodnikach i śpiewali grupowo tworząc całkiem zgrabne  kręgi. Patrzyliśmy na to i syciliśmy się. Jedyny minusem tego dnia była świadomość, że jutro musimy ruszyć znaleźć miejsce docelowe na festiwal, a to stawało się z każdą chwilą coraz trudniejsze. Mimo to nie opuszczał nas dobry nastrój i do  późna w nocy oglądaliśmy olimpiadę i rodzące się niebezpieczne doniesienia dotyczące wystąpienia Odry z brzegów po niemieckiej  stronie.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)