Maj 252011
 

Co prawda to kolejna odsłona zeszłorocznego Wacken, ale muszę coś jeszcze tytułem wstępu bo jest żenada. Kurwa, ponad dwa miechy bez wpisu!!! Czas to nadrobić i bez dalszego już opieprzania się jedziemy z programem. W planach jest dokończenie Wacken czyli drugiej perły w koronie a potem i Brutala. Uzupełnienie bieżącego repertuaru o to, co już się widziało a było tego trochę. I oczywiście wszelkie ekstra rzeczy, które wpadną przypadkiem. Mam nadzieję, że jesteście z nami i bogowie metalu was nie opuścili. Taka obsuwa będzie ostatni raz – obiecuję! A jeśli się zdarzy to sam sobie wymierzę karę w postaci pójścia na koncert „Feel” i chóralnego odśpiewania „Jest już ciemno” :)

A teraz jedziemy z Wacken!!!!

Środa. Jutro zaczyna się festiwal a my nie mieliśmy jeszcze miejsca do spania na czas jego trwania. Postanowiliśmy ruszyć  na zachód w pobliże morza i tam znaleźć coś dla siebie. Mapa co prawda nie pokazywała za wiele w tych okolicach, ale doświadczenie kazało nam  wierzyć, że jednak coś się znajdzie. Znów przejechaliśmy przez Wacken, ale tym razem ruszyliśmy dalej na zachód i północ. Pierwsze  lokum znaleźliśmy już na starcie, ale nie było nikogo. Ślady bytności były wyraźne, ale nikogo w pobliżu. Może przestraszyli  się naszej trójki a może po prostu mieli komplet i nie przyjmowali nikogo. Musieliśmy szukać dalej. Parę kilometrów dalej  znów mieścina i znów jakieś miejsce. Tutaj też nikogo nie było. Robiło się to denerwujące. Nie było widać czarnuchów więc nie  powinno tu być jakiegoś obłożenia. Zdegustowaniu ruszyliśmy do miejscowej knajpy – w końcu tak jak w RPGach karczmarze zawsze wiedzą najwięcej.  I udało się. Najpierw pani, która ni w ząb nie kumała angielskiego, a potem już właściciel, poinstruował nas, gdzie można coś  znaleźć. Dostaliśmy nawet za darmo mapę okolic, która odkryła takie zakamarki, że aż było niewiarygodne ile tutaj wiosek i miasteczek.  Powiedziano nam, że w najbliższym mieście, Meldorfie, będzie informacja o noclegach i tam coś powinni nam znaleźć.

Zanim jednak to nastąpiło przeprawiliśmy się przez kanał pomiędzy morzami (Północnym i Bałtykiem). Przeprawa wyglądała tak, że  wjechaliśmy na prom, poczekaliśmy aż się napełni autami i ruszyliśmy przez rzekę. Dziwne uczucie, gdy siedzisz w aucie i  płyniesz. Widzieliśmy potem tą przeprawę z góry z mostu i wygląda przednio. Na drugim brzegu wypuszczono wszystkich na ląd.

Ruszyliśmy ile tylko Wilk mógł z siebie dać. Pogoda dopisywała, nie było za gorąco więc nawet dało radę wytrzymać. Zajechaliśmy na rynek (a jakże – ładny i gotycki) i ruszyliśmy do hotelu, który nam wskazano. Miła pani powiedziała, że nic wolnego u niej nie ma, ale poszuka w okolicy. Jak się okazało obdzwoniła wszystkie miejsca, gdzie chcieliśmy ruszyć. Nie udało się niestety nic znaleźć mimo szczerych chęci pani z hotelu. Jednakże wskazała nam obok informację, gdzie może jest większa szansa aby coś znaleźć. Co mieliśmy robić,  poszliśmy. W biurze znów miła pani zaczęła poszukiwania. Okazało się że z powodu Wacken wszystko było zarezerwowane na rok wstecz. Trwało to dłuższą chwilę którą wykorzystaliśmy na obejrzenie biura. Wisiały tam nawet polskie flagi z miast zaprzyjaźnionych z  Meldorfem. Fajnie to wyglądało a zrobiło się jeszcze fajniej, gdy pani z wielkim uśmiechem nam oznajmiła, że znalazła dla nas miejsce! Uff…wreszcie. Zadzwoniła tam, umówiła nas, dała nam adres, zdjęcia, wskazała palcem na mapie i wysłała nas do Frau Busch. Pod tym względem Niemcy nas  naprawdę mile zaskoczyli. Są pomocni i nie zostawiają nikogo na lodzie. U nas pewnie każdy by odsyłał ludzi od drzwi do drzwi  i szukaj wiatru w polu. Jednak co Niemcy to Niemcy. Szacun !!

Frau Busch mieszkała w Gudendorfie, której to wiochy standardowo nie mieliśmy na naszych mapach, ale była na tej mapce z knajpy. Niech Bogowie  Metalu chronią karczmarza i jego karczmę. Droga do wioski prowadziła wśród malowniczych lasów i domków. Nie mogliśmy się tym w pełni nacieszyć bo atakowało to zewsząd i nie sposób było wszystko ogarnąć. Dlatego chłonęliśmy tyle, ile się da. Droga zaprowadziła  nas szybko i bezpiecznie do Gudendorfu. To była naprawdę wioska i dom frau Busch odnaleźliśmy szybko troszkę na boczku od drogi, przy lasku. Okazał się być  parterowym budynkiem z licznymi zakamarkami i pokojami. Coś na kształt hacjendy. Wilk miał dla siebie piękne miejsce otoczone równiutkim żywopłotem i kwiatami w różnych kolorach. My z kolei mieliśmy dla siebie pokój w bardzo klimatycznym miejscu, gdyż okazało się, że mąż frau Busch to myśliwy i jego trofea były wszędzie porozwieszane.  W szczególności zaś w jednym pokoju przechodnim, który z marszu nazwaliśmy „myśliwskim” i gdzie rżnęliśmy przez najbliższe dni w Inwazjona. To najlepsza lokacja jaką dotychczas  mieliśmy. Wręcz Cudowna. Było wszystko – kuchnia dla nas, łazienka, dwa kibelki (jeden w pokoju drugi w korytarzu), pokój, weranda ze stolikiem i zakątek z leżaczkami do palenia oraz przepyszne śniadania. I to wszystko w cenie zaledwie 16 euro od łba za dzień. Po dotychczasowych przygodach to było naprawdę coś niesamowitego. Dzięki frau Busch mieliśmy lokum do  niedzieli na poziomie wprost niespotykanym. Teraz można było spojrzeć jasno w przyszłość i ogarniać sprawę Wacken.

W planie były dwie akcje – zdobycie opasek czyli wymiana biletów oraz pojechanie nad Morze Północne by zobaczyć coś nowego i wykąpać Hulia. Na początek bilety – chcieliśmy to mieć za sobą. Spodziewaliśmy się kolejki, ale to, co zobaczyliśmy było…ogromne. Jak całe  Wacken. Podjechaliśmy na jeden z sektorów do parkowania i ruszyliśmy piechotką do punktu wymiany biletów. Teren festiwalu był  ogromny. Szliśmy pół godziny przez pastwiska, które na te kilka dni zamieniły się w pole wymiotowe. Mijaliśmy namioty,  namiociki, przyczepy kempingowe, samoróbki, stoliki, krzesełka, karimaty, przygotowane grille, lodówki pełne piwa, kolumny  głośników w równych rzędach, skrzynki z piwem, śpiacych fanów, śpiewających fanów, Swena, wędrowców, czarnuchów, krowy…  Zaraz, zaraz, był Swen. To człowiek-legenda. Zasłynął drobnym epizodem, gdy zmierzaliśmy do serca festiwalu. Stał przy  namiocie, oparty o maszt i patrzył się na przechodzących obok ludzi. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie jeden szczegół – Swen miał na sobie tylko hełm wikinga i pelerynkę a całą resztę dumnie nosił frontem do publiki. Ot, Wacken. Normalka.

Minięcie pól namiotowych jakoś przeszło. Weszliśmy już na tereny festiwalu. Mrowie ludzi, tysiące fanów, śmiechy, piwo i  krzyki. W powietrzu czuć było deszcz, błoto i piwo. Każdy mówił w swoim języku i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Norwedzy,  Niemcy, Polacy, Czesi, Hiszpanie, Włosi i Francuzi. Byli tu wszyscy, których kręci taki rodzaj muzy. I dobrze, bo bez nich nie  byłoby tak wesoło. W kolejce po opaskę, w której spędziliśmy prawie dwie godziny, zostaliśmy poczęstowani darmową kolą i poznaliśmy kilka wesołych opowieści naszego nowego norweskiego kolegi. Powiedział nam, że zna kilka słów po polsku bo miał na  budowie Polaka i najpopularniejsze co zapamiętał to oczywiście „Kurwa mać”. U nas Norwegów jak na lekarstwo więc przynajmniej poznaliśmy  „Skol” czyli „Na zdrowie”. W międzyczasie popadało i to solidnie. Nikt kolejki nie odpuszczał więc ludzie stali i mokli  wyglądając jak kury. Nasz pomysłowy przyjaciel zrobił sobie z czarnego, foliowego worka na śmieci zgrzebne wdzianko i deszcz  był mu niestraszny. Na szczęście potem wyszło słońce i ogrzało nasze zmoczone plecki. Wreszcie dostaliśmy się do punktu wymiany biletów. Tam nas  skuli (dosłownie, jak krowę) – założyli opaskę i zacisnęli na kowadełku. Solidne zamknięcie, naprawdę. Do tego dali w garść full metal bag z  materiałami pomocniczymi dla każdego uczestnika festiwalu. Była tam między innymi latarka, kondom, brelok, dwie naszywki, naklejki, materiały reklamowe i zatyczki do uszu. Programu brak, ale takowy dokupiliśmy później. Najważniejsza była opaska bo  teraz mogliśmy wejść na teren przez strefę biletową i popatrzeć z bliska na sceny i to wszystko co do nich przylegało czyli budki z żarciem wszelkiej maści, pierdyliardem gadżetów, biżuterią, ubraniami, butami i chuj wie jeszcze z czym. Było to OGROMNE, wręcz GIGANTYCZNE. Nie na darmo używamy tego  słowa bo ten festiwal jest nie do ogarnięcia. Już po spojrzeniu na program (1 euro) było widać, że nie da się wszystkiego obejrzeć. Fizycznie nie da się rozdwoić czy nawet roztroić.

Nie zagłębialiśmy się zbytnio pomiędzy merche bo byśmy wsiąkli, ale kupiliśmy koszulki oraz flagę wakeńską dla wilka. Standardowo kupienie festiwalowych koszulek to minimum godzina w gigantycznym ścisku. I nie ma tu co się denerwować, psioczyć i złorzeczyć. Trzeba swoje odstać. Ale w nagrodę za ten trud każdy obkupił się w piękne T-Shirty z logo Wacken, a wzorów było z 10. Musieliśmy sprawę załatwić od ręki, bo wywieszki z Sold Out pojawiały się w zastraszającym tempie na najbardziej wziętych wzorach. Z łupami  ruszyliśmy do auta bo czekało na nas jeszcze morze. Znów pół godzinki i pędziliśmy już na wybrzeże. Droga mijała nam przez pola pełne prądotwórczych wiatraków. Było ich tam od groma. Małe, duże i ogromne. Wszystkie mieliły majestatycznie łopatami powietrze, bo wietrznie się zrobiło i lekko chłodno. Morska bryza zaczęła być wyczuwalna. Krajobraz się wypłaszczał a horyzont pustoszał. Nie widzieliśmy jeszcze morza tylko wał przed samym nabrzeżem, ale za nim nie było już nic. Naszym celem było Busum – port morski. Niepozorny ale  urokliwy. Samo miasteczko było niewielkie, ale dobrze utrzymane i po prostu ładne. W kanale portowym stały kutry, promy i piękny ścigacz  policyjny. Wszystkie statki kiwały się w rytm morza i pośród szumu wiatru. Mewy pokrzykiwały nad głowami i rzucały się na żarcie rzucane przez turystów. Przeszliśmy ten kanał i wyszliśmy na plażę. Zobaczyliśmy Morze Północne skąpane w blasku zachodzącego słońca.

Szary, stalowy horyzont. Kamienista plaża i kilka małych punktów będących statkami, w tym platforma wiertnicza na horyzoncie. Wiał zimny wiatr choć woda była ciepła. Na  piasku było pełno drobnych muszelek, morszczynów i śliskich kawałków drewna. Hulio, który cały rok czekał na kąpiel w morzu, został specjalnie na tą okoliczność wzięty i wreszcie mógł wykąpać się tam, gdzie jeszcze żaden przedstawiciel jego rasy nie dotarł. Słona woda, wiatr i wspaniały widok spokojnego falującego morza – wspaniałe zakończenie dnia i nagroda za cały trud dwóch dni drogi. Potem wizyta w tawernie i zjedzenie smażonej rybki. Poznaliśmy nową technikę zamawiania potraw, do której zastosowano błyskający wskaźnik, wyglądający jak UFO. Gdy ryba jest gotowa to wtedy zaczyna on błyskać i brzęczeć. Sprytne rozwiązanie bo nie trzeba wystawać i czekać na swoją kolej lub nasłuchiwać czy akurat  ciebie wyczytają. U nas pewnie by od razu dyski pokradli. Bardzo sympatycznie spędzony czas. Udało się posmakować świeżych morskich ryb i zobaczyć inne morze niż rodzimy Bałtyk. Zapanowała atmosfera nostalgii, obaj myśleliśmy wtedy o domu i o naszych bliskich.

Wróciliśmy bez problemu do frau Busch. Rozpakowanie się, odstawienie muszelek i szybkie mycie. Potem już tylko wizyta na  werandzie by zapalić i odetchnąć. Jednak dla nas ze to było za mało. Postanowiliśmy jeszcze przespacerować się po tej wsi, w której mieszkaliśmy. Ot, przechadzka po zagrodach. Tak nam się wydawało, bo zagrodami tego nie można było nazwać. Takich  hawir jakie tam mieli, to nie widzi się nawet w najlepszej, ekskluzywnej dzielnicy pod Warszawą. Domy piętrowe, parterowe,  wypielęgnowane ogródki, patia, efektowne zdobienia, wysiana trawa jak na polu golfowym, kolorowe cegły i malunki. Wszystko poprzycinane, zaplanowane, wypielęgnowane. Ech…jak  się na to patrzyło, to znów wracało pytanie o wygraną wojnę. Przeszliśmy całą mieścinkę i weszliśmy w las z którego wypadł zdyszany dżogingowiec, zakrzyknął Guten Morgen i podreptał dalej. Ładny, czysty las pełen drzew, splątanych chaszczy i dziwnych płotków. Klimat zrobił się niesamowity i aż czasami ciarki przechodziły po plecach. Ścieżynkami leśnymi dostaliśmy się  prawie pod naszą kwaterę. I dopiero teraz można było odpocząć. Oczywiście przy Inwazjonie.

Dzień zakończył się jeszcze zabójstwem kleszcza dywersanta, który znalazł się na skórze Marcina. Zginął śmiercią budowlańca poprzez zgniotkę zostawiając po sobie tylko złowieszcze truchło. Za oknem zapadła noc. Świerszcze rozpoczęły swoje własne Wacken  cykając bardzo mocno, a na niebie było tak czysto, że widziało się Drogę  Mleczną i miliard gwiazd. Już jutro miał zaczynał się festiwal. Legenda Wacken z naszym udziałem miała rozpocząć się już za parę godzin i kilka kilometrów dalej od Gudendorfu.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)