Maj 302011
 

Czwartek.

Ranek wstał słoneczny i gorący. Znowu. Zaczęliśmy jednak nietypowo, bo śniadaniem które nie ograniczało się do buły i parówy z maślanką, na jakimś zapomnianym przez ludzi parkingu. Właścicielka nie dość, że ma fajne pokoje i przystępną cenę to jeszcze przygotowuje frusztuk czyli śniadanie. Nas lekko zatkało takie podejście, szczególnie że to śniadanie to jajko na twardo w styropianowym pojemniczku trzymającym ciepło, dżemik, chlebek i rogaliki, kawa, herbata, wędlinka, sery i twarożek, pomidorek i ogóreczek. Normalnie wypas. Aż się miło robiło. Całość podana chyba w pokoju głównym, bo ze ścian patrzyły na nas różne podobizny małżeństwa Buschów oraz ich latorośle (chyba) albo i wnuki. Nie zabrakło też elementów myśliwskich – foczych skór na ścianie i poroży jeleni. Do tego lalka niedźwiedzia z przepaską (Marcin: uważam że SS, ale może to tylko mój domysł) i w czarnym mundurku z charakterystyczną czarną czapeczką z daszkiem (Zbych: tata pana myśliwego mógł służyć w gestapo, brakowało tylko małej trupiej czaszeczki na czapce misia). Uzupełnieniem śniadanka była wizyta na werandzie i podziwianie ładnego, budzącego się dnia. Tam też czekała na nas miejscowa gazeta ze zdjęciem Wacken na pierwszej stronie (Zbych: sądzę że „przypadkowość” tej gazety w tym właśnie miejscu była zamierzona, fajne poczucie humoru mają państwo Busch). Festiwal z lotu ptaka prezentował się okazale i robił wrażenie. I my tam mieliśmy być. Nie trzeba się jednak było spieszyć. Mieliśmy zacząć wizytacją okolic oraz pójściem na koncert Alice Coopera. Wcześniej jeszcze spacer, kilka partyjek w inwejżona i wyjście na Wacken.

Droga już była obcykana więc specjalnie nie musieliśmy się martwić. Pozostała nam wizyta w Michaelsdorf by pobrać kasę. W Dojczach nie ma napisane po ludzku bankomat czy choćby jakiś ludzki bank. Nawet w takiej dziurze znaleźliśmy hotelik i tak z ciekawości zaszliśmy się zapytać czy są wolne miejsca i po ile. Ktoś akurat był obsługiwany (na Wacken a jakże) i sobie żartowaliśmy czekając na wolną panią. Okazało się, że wolna pani doskonale nas rozumie bo miała rodziców z Polski czy coś takiego. Powiedziała nam, że generalnie miejsca tutaj są wykupione już dawno – głównie przez biura podróży i firmy. Spytaliśmy się też o bankomat – pani powiedziała nam co i jak i gdzie. Udało się i pobraliśmy kasę. Teraz już można było ruszać na podbój Wacken.



Znów pół godzinki jazdy i wjazd na teren piekła wakeńskiego. Czarnuchów jeszcze więcej niż wczoraj. Pijanych też więcej. Wszędzie śpiewający, pijący i srodze wyglądający metalowcy. Zaparkowaliśmy w bezpiecznym miejscu i ruszyliśmy przez pastwiska na festiwalowe pola. Przechodziliśmy obok obory z krowami, które tylko nas odprowadzały inteligentnym wzrokiem. Nie powiem, jebało jak w arce noego, ale czego się spodziewać po bydle. Z ludźmi wcale nie było lepiej. Okrzyki „Wackeeeeeen!” rozlegały się średnio co sto metrów. Zlewnie moczu czuć było już z odległości. Klocków nie było w zasięgu ale pewnie to kwestia czasu. Nie zwracaliśmy uwagi na takie rzeczy i pewnie ruszyliśmy do przodu, jak najbliżej scen. Po kilkunastu minutach się udało wejść już na teren wioski Wikingów czyli Wakinger Village. Trwały tam akurat przygotowania do bitwy pomiędzy elfami (wspomaganymi przez półnagie driady) a orkami (lub kimś podobnym w gumowych maskach). Przygotowania tak bardzo się dłużyły, że odpuściliśmy sobie czekanie i ruszyliśmy na merche. A była ich MASA.

Można było kupić praktycznie wszystko. Dobrze zrobiliśmy, że wcześniej tu nie wchodziliśmy, bo popłynęłoby parę godzin. Koszulki, spodnie, buty, dmuchane gitary, plakietki, kapsle, plecaki i milion pierdółek różnego autoramentu. Nawet obcy z łańcuchów i kluczy do śrub był i laska Gandalfa z czachą. A co! Do tego wszystkiego żarcie wszelkich smaków i zapachów. I picie. Kola, piwo i redbull – tego było pełno wszędzie. Piło się z takich plastikowych kubków 0,4l, które kosztowały 1 euro. Każdy miał nadruk z logo festiwalu i to w kilkunastu wersjach. Robiło to wrażenie i było naprawdę fajnym rozwiązaniem bo nie było nigdzie walających się stert plastikowych kubków. Wiele osób kupowało kubki za każdym razem jak kupowało picie (my też!) byleby mieć każdy możliwy wzór. To było rozwiązanie naprawdę super i sprawdzało się. Poziom śmieci był zdecydowanie mniejszy co nie znaczy że mały. Brawa dla ludzi myślących, którzy wpadli na ten pomysł. (Zbych: ciekawym rozwiązaniem były wiszące u pasków lub dzielnie dzierżone w rękach, wielkie litrowe kufle ze szkła….. zaraz zara, kto tych ludzi wpuścił ze szklanymi kuflami tych rozmiarów na koncert ? toć zaraz potoczą się rozbite łby. Niemcy jednak to szczwane lisy !! kufle okazały się plastikowymi replikami tych szklanych. A nie ma milszego widoku jak nawalonego Metalowca z wielkim kuflem pełnym złotego trunku w garści; MOŻNA ??!!)

Wróćmy jednak do koncertów. Nasz Wacken mieliśmy zacząć prawie 2 godzinnym Alice Cooperem i zaczęliśmy. Legenda mocnego rocka wyszła i zaśpiewała tak, jak wielokrotnie można go było oglądać na teledyskach z MTV (z czasów, gdy w MTV można było zobaczyć normalne teledyski a nie kolejny program z cyklu „Jackass” czy inne dymanie na śniadanie pokroju Sweet Sixteen). Alice to lekko dziadowaty staruch, ale w makijażu i z takim repertuarem nie dał po sobie pokazać wieku. Energię i chęć śpiewania było widać w każdej minucie show. Do tego cały sceniczny wystrój rodem z horrorów klasy Z (pielęgniarki w miniówkach, rzeźnickie noże, krzesła elektryczne, wielkie strzykawy, piły, gilotyna oraz skórzane płaszcze czy kaftany bezpieczeństwa z przydługimi rękawkami) robił wrażenie. „Poison” – eeeeh – wszyscy znali słowa więc bez problemu ponad trzydzieści tysięcy gardeł wywrzeszczało słowa piosenki: „Your poison running through my vains”. Publika szalała, piwo lało się strumieniami a słoneczko powoli zachodziło za horyzont. Na szczęście to sierpień więc jeszcze długo było widno. Wykorzystaliśmy to na kolejne przejrzenie merczy – tym bardziej, że już za niedługo miała zagrać Żelazna Dziewica. Dlatego na głównej scenie minęliśmy Mötley Crüe,  (Marcin: ale nie żałuję. Słychać było ich dobrze, więc sławetne „Girls, girls, girls” dało radę. Trochę zdziwiłem się że Vince (wokal) tak dziwnie wygląda. Nie śledzę na bieżąco tego, co dzieje się w zespole bo bym chyba zwariował, ale jak dla mnie to zmienił się zdecydowanie na gorsze. Dlaczego? Zrobił się gruby. Patrząc na niego miałem wrażenie, że to Rosie ODonnel. Glam rock w ich wykonaniu nie ma już takiego pazura jak kiedyś, ale i wiek nie ten. Dlatego duży szacun za to, że zagrali i chciało im się); (Zbych: i tu Marcinie powiem coś od siebie, kawałek z Girlsami słuchaliśmy z głośników więc wydał mi się trochę jak z puszki, czyli … playback !! po przyjeździe do Polski słuchałem w pewien niedzielny wieczór „Rzeźni” w Antyradio, Anzelmo opowiadał wrażenia z Wacken, jak dotarł do Mötley Crüe, zacmokał rozczarowany, gdyż stwierdził że chłopaki nie są w najlepszej formie i grali z puchy. Dodatkowo, nie udźwignęli Wackeńskiej publiki przez co ich występ był po prostu klapą). Przez ten czas spokojnie pozwiedzaliśmy otoczenie sceny i resztę terenów festiwalowych. Byliśmy na moment na scenie, gdzie grały zespoły klimatem bliższe Brutalowi niż Wacken – jak chociażby Rotting Christ, który będzie tu grał jutro. Scena ta była pod namiotem i jak szedł niezły nakurw to w środku było zapylone tak, jak w kopalni po odstrzale. Przynajmniej dużo łatwiej było tam można kupić piwo niż gdziekolwiek indziej, tyle że z magicznym kożuszkiem kurzu. Widzieliśmy wesoły autobus Red Bulla na którym wczoraj grała Apocalyptica. Draństwo, że grali poza festiwalem i człowiek nawet nie miał szans ich zobaczyć. To jeden z niewielu minusów Wacken. Odwiedziliśmy sklep wakeński, gdzie można było skompletować koszulki z poprzednich festiwali jak również dewocjonalia z tych okresów. Do tego masa żarcia wszelkiej maści i smaków (kebab w jednym miejscu był nie do przebicia), namiot z zapasami w kisielu (nigdy nie udało się nam dostać do środka – oblegany był bardziej niż merche) i latający wagon Jagermeistera.

I tak sobie miło spędziliśmy czas do momentu, gdy miał zagrać Iron Maiden. Podeszliśmy blisko sceny z boku, ale masa ludzi była nieprawdopodobna. Chyba dziś było apogeum w ilości czarnuchów bo całe przedpola były zaczernione. Każdy przyszedł zobaczyć i usłyszeć legendę metalu pod wodzą niesamowitego Brucea. Wreszcie zabrzmiało „Doctor, doctor” i już było wiadomo, że będzie niezłe show. Przygasły światła, żelazna głowa krowy zapłonęła, a na scenę zaczęli wbiegać członkowie zespołu. Scenografia została wzięta z ostatniej płyty – „Final Frontiers” – zatem nie było Eda, a szkoda. I popłynęły pierwsze takty i gitarkowe riffy. Ironi byli jak zawsze wielcy. Dickinson biegał, skakał i śpiewał. Sporo z nowej płyty, ale nie zabrakło też hitów z poprzednich lat czyli „Number of the Beast” czy „Fear of the dark”. Nie było „Run to the Hills” ale co tam, ważne że Fear był :) Bruce rozgadał się bardzo podczas koncertu. Mówił o tym, jak to dobrze jest tu zagrać. O tym, że wydali nową płytę i bardzo się cieszą, że się dobrze sprzedaje. Mówił też o Ronie’m i zadedykował mu jeden kawałek. Opowiadał o muzyce i jej oddaniu przez nich i fanów. Miło się coś takiego słucha bo w końcu śpiewają przecież dla nas i są tu dzięki nam. Dobrze, że są jeszcze tacy co o tym nie zapomnieli. (Zbych: to co rzuciło mi się w oczy tego dnia, i na samym koncercie że Niemcy o wiele bardziej niż w Polsce preferują palenie papierosków „ręcznie skręconych”, wynika to z prostego faktu – cholernie drogich fajek !!!!! Miałem swój mały zapasik zrobiony na polskiej granicy więc nie było źle; ludzie wszędzie liczą pieniążki, i zachód to nie jest pieprzone eldorado gdzie kasa leci z nieba. Wolę moje polskie realia i płacić 11 zeta za fajki niż 40 zeta. Wiem wiem, na zachodzie ludzie zarabiają gigantyczne pieniądze. Jaaaasne, pieprzę wyzysk na zmywaku dla jakiegoś Dojcza, aby później wrócić do Polski i nie wiedzieć co z sobą począć)

(Marcin: Podczas tego pierwszego dnia widziałem, że ogrom Wacken jest niesamowity. Nie wszystko jest sposób zobaczyć i usłyszeć. Po pierwsze z racji wielkości a po drugie z racji tego, że wiele zdarzeń nachodzi na siebie. Do tego ludzie i sposób bycia niektórych. Wielu uważa, że skoro przyjechali tu z daleka to mogą wszystko. Szczególnie drażliwe były grupy, które nie mogły usiedzieć w miejscu – ciągle się kręcili, skakali i tarzali. Już podpici stali, ale miotało nimi jak na wietrze. Nigdy nie wiedziałeś, w którą stronę się przechyli. To czasami zabierało radość ze słuchania, bo kątem oka patrzyłeś, czy gość cię nie trafi łokciem albo nie zwali się na ciebie, bo ciężar odpowiedzialności (i wypitego piwska) przeciąży go ku glebie. Stanie i słuchanie ma swoje plusy, ale wędrówka ludów podczas koncertu to nieodzowny element widowiska. Jak się stoi na jednym z takich szlaków to widać ile ludzi przechodzi i każdy w swoim kierunku. Do tego śmigają goście z plecaczkami z piwem i z dystrybutorów nalewają piwo dla spragnionych. Już samo to świadczy o wielkości terenu, że trzeba piwo donosić beczkami do pijących).

(Zbych: choć nie ma co narzekać zbytnio na ten fakt że dużo ludzi, tłum, berserkerzy, śpiochy, zamroczeni, wędrowniczki itp. itd. Marcin podaje to bardziej jako stwierdzenie faktu. Gdzie dużo ludzi, to niestety trzeba iść na ustępstwa. Inaczej się nie jedzie na festiwal tylko ogląda koncerty na You Tube. Choć nie powiem, to wkurza, ludzie bywają często dramatycznie bezmyślni, zdebileni w swoich zachowaniach i sprawiający wrażenie totalnego odmóżdżenia. Ale tacy są wszędzie; byli, są i będą. Prawda jest taka, że na tak dużą masę ludzi, takich typów jest na serio mało, i bardzo rzadko jest to zachowanie agresywne wobec innych, bardziej zamroczenie alkoholowe, i powiew festiwalowej wolności budzi w tych ludziach Tępego Debila)

Po Ironach ruszyliśmy na kwaterę. Wystarczyło jak na pierwszy dzień wrażeń. Trochę nam zajęła ewakuacja, ale dało radę. Przedarliśmy się po piaszczystych drogach, zaszczanych krzakach i grupach pijanych czarnuchów wprost do Wilka. Potem wyjazd z terenu Wacken, dojazd do autostrady i hajda do domku. Pierwszy nasz nocny powrót. Łuna i reflektory nad Wacken jest widoczna z daleka. Do tego przejazd przez most nad kanałem, którym się przeprawialiśmy kilka dni temu. I smród gnoju krowiego. Wpadało się w taką jebiącą chmurę i włoski się zaczynały zawijać w nosie. Nie ma wątpliwości, że to krowie tereny. Prawdziwe piekło na ziemi. Bez problemów dojeżdżamy do domku, parkujemy i rozkulbaczamy się. Prysznic, coś się napić, kofolka z czeskich zapasów i chwilka relaksu przy karcioszkach lub PSP. Rządzi Motor Storm u Zbysia a u Marcina jeszcze masakrowanie Chaośników w Warhammerze, niedokończone w Mastersowych Czechach. Agniecha pyka w mahjonga i czasami w kierki, na przemian z książką. Ogólnie pełen relaks i atmosfera wypoczynku. Pierwszy dzień za nami. Wreszcie weszliśmy w festiwal i poznaliśmy go. Teraz pozostaje tylko pogłębiać tą znajomość i bawić się dalszymi dniami. „Kłłiiiiiiiiiiii!!!!!!” zabrzmiało z salonu myśliwskiego. Nadciąga dzikowa kawaleria. Czas naostrzyć toporki i pokazać świniarzom, gdzie jest ich miejsce. Baruk Khazad! (Zbych: WAAAAAAGH !!!)

A tu parę filmików z tego dnia. Aż się łezka w oku kręci…

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)