Cze 142011
 

Sobota

Ostatni dzień festiwalu. Kurczę, jak to szybko zeszło. Jeszcze niedawno jechaliśmy tutaj, czekaliśmy a dziś już żegnamy się z krowami, trawą i tym smrodem wokół. Nie czas był jednak na rozpamiętywanie smutku tylko cieszenie się z tego, że jeszcze wiele przed nami. Ranek to oczywiście śniadanko u frau Busch. Tego chyba nie zapomnimy bardzo, bardzo długo. Serek, dżemik, buły i twarze niemieckich myśliwych patrzących ze ścian. Do tego herbatka i człowiek nie przypuszczał, że siedzi tysiące kilometrów od znanych ziem i ma się całkiem dobrze. Naprawdę niesamowite uczucie.

Po śniadanku („Viele Danke frau Busch, wunderbar”) trzeba było się troszkę przejść, potem karcioszki, kibelek i sjesta. Dzisiejszy dzień na Wacken miał zacząć się późno, choć znów nagromadziło się tyle zespołów, że część z nich nie dało się zobaczyć. Dlatego żałowałem Delain, bo nie zdążyliśmy oraz planowo opuściliśmy Cannibal Corpse bo wiedzieliśmy, że będą oni grać na Brutalu. Krótka podróż na wakeńskie pola przez Michaelsdorn zakończyła się szybko i bez problemów. Dobra pogoda, śpiewy w samochodzie oraz dumnie łopocząca flaga Wacken nastrajały optymistycznie przed dzisiejszym festiwalowym dniem. Kiedy zajechaliśmy to kończył grać „Overkill”. Już ich widzieliśmy przy okazji Metalhammera więc była mała strata choć gościowe są koncertowo mocarni. I jak tak się popatrzyłem po tym wszystkim, to często ze Zbysiem łapaliśmy się na tym, że już kiedyś kogoś widzieliśmy. W zasadzie naprawdę jest niewiele znanych kapel których byśmy nie widzieli na żywca. Fajnie jest mieć tą świadomość, że w muzyce metalowej udało się tyle usłyszeć i zobaczyć. Jeszcze wiele przed nami, ale klasyka gatunku jest już za nami. Hell yeah!

Na niebie pojawiły się chmurki i zabierało się na deszcz. Nie wystraszyło to nikogo, a nawet wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej ludzie zwarli szyki. Idąc przez pole wymiotowe dało się widzieć już placki wydeptanej ziemi po namiotach, ślady po autach i inne oznaki tego, że już część ludzi opuściła teren festiwalu. Pomimo tego faktu, ludzi było nadal bardzo dużo. Fani Tarji w kapeluszach smętnie zwieszali głowy i ruszali za swoją faworytą. Zostali twardziele a to dlatego, że ten dzień należał do wojowników z Norwegii czyli Immortal. Jednakże wcześniej zerknęliśmy na Edguya i w sumie udało się być na Cannibal Corpse. Cannibale rżnęli aż miło ale my skusiliśmy się na Stratovariusa. Finowie zagrali wszystko co trzeba i muszę przyznać, że gitarowo naprawdę wymietli. Timmo potrafi wiosłować i udowodnił to nie raz. Oczywiście „Rainy nights” brzmiało zajebiście. Trochę szkoda, że dali Stratovariusa na Party Stage, ale widać takie było oczekiwanie by kanibale grali na dużej scenie. Gdzieś wieczorem w rzeźnickim namiocie zagrali nawet Rotting Christ, ale my już szykowaliśmy się na misie pandy i nie dopchaliśmy się do namiotu. Jednak byliśmy przy „In domine”… moc, po prostu moc. Z resztą w WET Stage – w rzeźnickim namiocie – sporo się działo. Był Varg, Debauchery, Lake of Tears czy Killing Machine. Jak zauważył Zbyś, w zasadzie ten namiocik to taki mały Brutal. Powiało oborą, świnią i growlem. Super!

Sił po całym popołudniu i wieczorze starczyło nam tylko na gwiazdę czyli na Immortal. Misie panda to jedno, ale grać potrafią. Do tego niezły show też nieźle rozkręcić. Bez „One by one” oni nie grają i musiało się to pojawić. Płonąca głowa byka zajarzyła się w nocnym powietrzu, strzelały race i gęste riffy orały niebo. Zrobiło się zimno i zapachniało deszczem (poza smrodem moczu, rzygowin, niemytych ciał i zapachem rozlanego piwa). Ciężko było zostawiać to miejsce, w którym byliśmy przez tyle dni. Masa ludzi tworząca jedno falujące morze, mówiąca różnymi językami, zachowująca się specyficznie dla siebie, pijąca i jedząca, to właśnie esencja takich festiwali. Choć było ciężko to zostawał w sercu żal, że to już koniec. Człowiek był zmęczony jak koń po westernie, ale co przeżył to było jego. Po Immortalu miał grać jeszcze Tiamat, Killing Machine, Soulfly i UDO oraz Fear Factory ale nie starczyło juz sił. Po kilku godzinach stania, chodzenia i picia nie pozostało nic innego jak zwinąć się. Tym bardziej, że wyjazdy zaczęły się już od wczoraj i było całkiem możliwe, że teraz wszystkie drogi będą zblokowane i do frau Busch dojedziemy rano. Na szczęście nic takiego się nie stało choć było tłoczno i jechaliśmy do domu objazdem. Dopiero jutro miał się zacząć kocioł a nasza podróż do Hamburga przejdzie do historii jazdy w najdłuższym korku nowoczesnej Europy.

Trochę zaczęło padać. Jak jechaliśmy do Gudendorfu widać było łunę nad Wacken, szperacze i stłumione odgłosy burzy. To wszystko tworzyło niesamowitą mieszankę. W Wilku grała skoczna muza Atrocity, za oknem mrok, deszcz i przyczajony między krowami Szatan. Wacken został oficjalnie zakończony. Rozmawialiśmy już nie raz o tym ze Zbysiem i wyszło na to, że opowiadanie i czytanie o tym nie oddaje tego, co naprawdę można tam przeżyć i zobaczyć. To jest nie do opisania bo nic nie jest w stanie oddać godzin stania na koncercie, smaku piwa z plecaka z nalewakiem czy zapachu kebabu niedaleko rzędu toytoyów. Te zdjęcia i filmy to zaledwie ułamek tego wszystkiego co przeżyliśmy i czego doświadczyliśmy. Polecam taką wyprawę każdemu kto poza muzyką na festiwalu szuka czegoś więcej bo tak naprawdę dostaje się coś więcej. Słuchanie Slayera przed kompem na MP3 czy w słuchawkach w autobusie jest dobre, ale prawdziwe napierdalanie jest na koncercie, gdzie basy są podkręcone, gitara przesterowana a perkusja nagłośniona, do tego z czachy wakeńskiego wołu idą słupy ognia. To jest zupełnie inny poziom słuchania – nie lepszy, nie gorszy ale inny. Wacken zdaje się być najlepszym miejscem by przeżyć muzykę nie tylko uszami ale nosem i oczami. Daje również dotknąć tego co znaczy być Metalowcem. Pokazuje jak powinien wyglądać festiwal ciężkiego grania. W brudzie, pyle, z potem zalewającym oczy, z browarem w łapie i oddanym przyjacielem u boku. Jesteśmy dumni z bycia Czarnuchami, nie festiwal umcyk-techno-umcyk, nie spęd dzieciarni z okazji finału „You Can Dance”, nie występ Kayah z Krzyśkiem Krawczykiem. Zero tapety, zero udawania, zero ściemy. Chociaż raz w życiu warto, a nawet trzeba tam być, jeżeli chcesz poczuć na sobie spojrzenie Bogów Metalu i usłyszeć grzechot łańcuchów które na te kilkanaście godzin otwierają bramy do Metalowego Raju !!! Metal is Forever !!! God hate Us All !!! Kill’em All !!! Ruszamy na Czechy

i

I jeszcze specjalnie u nas na blogu – cóż…ona tam była, trudno. Zbyszek mnie zabije…Ale takiego pienia nie sposób przegapić. Nie wiem, ale jakoś to poprzednio lepiej brzmiało.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)