Sie 152013
 

W tym roku wyjątkowo nie ma Sonisphere ale jest Impact. Nie bardzo się orientuję skąd taka zmiana, ale pewnie skoro nie wiadomo co to chodzi o kasę. W zeszłym roku oba koncerty były i miały się dobrze. W tym roku zabrakło Sonika, ale rozrósł się za to Impact co wskazuje, że ktoś się z kimś dogadał i ustalili, że będzie jedna impreza. Dwa dni podzielone były wyraźnie na dwa obozy – dzień pierwszy to metal czyli to, co by było na Soniku oraz dzień drugi – new rock i nie wiadomo co czyli to, co by było na Impact. Byłem tylko na dniu pierwszym bo był bardziej wartościowy dla mnie. Dla takich tuzów jak Slayer czy Rammstein warto iść zawsze i wszędzie. Dlatego byłem i oto co tam zobaczyłem.

Lotnisko na Bemowie po raz kolejny gościło metalowców i tłumy fanów. W tym roku było kogo witać, bo headlinerem był Rammstein to pozostali nie byli wcale gorsi – Slayer, Behemoth czy Airborne – i dzielnie dawali radę. Pogoda za to fikała kozły i lało niemiłosiernie. Na wejście, tak koło 15, by zdążyć na Ghosta, ruszyliśmy na pola. Spadł wtedy taki deszcz, że peleryny nie dawały rady i lało się dosłownie wszędzie. Ludzie od merchów nie wychodzili spod osłon i trzeba było stać w deszczu zanim ktoś się pofatyguje i poda koszulkę czy coś. Po pół godzinie było po wszystkim, ale to i tak o 29 minut za długo. Zimne piwo nie poprawiało nastrojów, ale gorąca zapiekanka i owszem.

Wreszcie zagrał Ghost. Byłem ich ciekaw z racji dość ciekawego scenicznego wystroju. Wcześniej słuchałem ich płytki i nie zachwycili. Na żywo prezentują się jeszcze lepiej niż na zdjęciach, ale muzycznie to już inna bajka. Gdyby zmienić wokal na jakikolwiek inny tylko nie taki, jaki był, to byłaby to świetna kapela pokroju Powerwolfa. W takim wydaniu, jakie było, brzmiało to piskliwie i po prostu śmiesznie. Jakoś wysoki głos wokalisty nie grał mi z mrocznym wystrojem, trupim makijażem i pseudoklerykalnym wystrojem. To tak jakby klaun zaczął mówić tubalnym głosem i rechotać jak demon z piekła. Ale trzeba przyznać, że wytrwaliśmy i przynajmniej już wiadomo co potrafi zespół. Śpiew był czysty i wyciągał niezłe górki, ale do mojej wizji Ghosta było daleko.

Mastodon grał jakoś wcześniej i szybciej się ulotnili z uwagi na deszcz zalewający im sprzęt. Kolejnym miał być Behemoth i na nich trzeba było być. Okupowali dużą scenę i rozstawili wszystko co trzeba – kobry jako podstawki pod głośniki, odwrócone krzyże, logo oraz sztandary. A potem weszli chłopaki i zajechali „Ov fire and void” rozwalając wszystko. Zrobiło się ciepło od ognia i mrok chlustał naokoło. Pomorska bestia grała wszystko to, do czego nas przyzwyczaiła – był więc „Lucyfer” i „Christian to the Lions” oraz Kaka Demona. Brzmiało to wszystko dobrze i mocarnie. Ciary chodziły po plecach i nie były to tylko oznaki zimna od mokrej koszulki tylko autentyczna brązowa nuta czająca się gdzieś w dole brzucha. Po Darskim nie było widać by jeszcze rok czy dwa lata temu był w szpitalu. Jedynie krótko przystrzyżone włosy świadczą o tych przejściach. Moc w strunach jest i oby tak nadal trzymali chłopaki.

Po nich krótka przerwa na jedzenie i zwiedzanie okolicy. Na małej scenie rozstawiali się Australijczycy z Airobourne. Wiedzieliśmy ze Zbysiem, że ich będziemy słyszeć zawsze, bo rząd Marshalli już dumnie wyrastał spod rąk techników. Już raz ich słyszeliśmy na Mastersach i wtedy pokazali, że granie głośno to jest prawdziwe granie głośno a nie jakieś pitu pitu. Zatem przy parce w rohliku jak pierdolnęło to już poszło jak po maśle. Radosny heavy metal spod znaku AC/DC wypłynął i trwał. Miło było jeść i patrzeć na gromadzące się tłumy słuchając skocznych kawałków. Zebrało się też trochę ludzi, poskładało do kupy raźną grupę i szykowało mentalnie na kolejne wielkie uderzenie na dużej scenie. W międzyczasie przyszła druga fala deszczu i miałem już mokre wszystko. Jeszcze się człowiek nie podniósł po poprzednim przemoczeniu a tu kolejne. Dobrze, że miało się chociaż namiastkę peleryny bo przynajmniej jak ona przykleiła się do człowieka to było cieplej. Zimna koszulka na plecach zaś była tak zimna jak lody i nie było to miłe. Dobrze, że za chwilę pojawił się Slayer.

Ech… Slayer jak się pojawia to jest rzeźnia. I nie mogło być inaczej tym razem. Chociaż padało to szaleństwo trwało przez cały czas koncertu. Potężna dawka muzyki, napierdalania na perce i szybkich riffów miażdżyła wszystkich. Otwierające „World Painted Blood” to zaledwie przedsmak walki jaka czekała wszystkich. „Seasons In the Abyss”, „Raining blond” czy wreszcie na bisach „South of Haven” i „Angel of Death” zostawiło same trupy. Chłopaki dali naprawdę dobry koncert. I to dużo lepszy niż na Big4 czy dwa lata temu w Łodzi. Dobrze się czują, świetnie dysponują i grają jak zawsze. Fani to kochają i chcą Zabójcę oglądać i słuchać jak najczęściej.

Davis i spółka zagrali na małej scenie dając czas dla technicznych z R+ na rozstawianie się. Korn to już nie to samo co kiedyś. Za dużo klawiszy, za mało gitar a aranżacje po nowemu starych kawałków średnio mi wchodzą. Może jestem już stary i pewnych zmian nie jestem w stanie strawić. W przypadku Korna odejście do metalu dla dubstepu uważam za pomyłkę. Brak gitar nie da się zastąpić czymkolwiek bo brzmi to jak śmieć. Dobrze, że w tym czasie ustawialiśmy się już pod sceną na R+ bo ciężko było słuchać niektórych kawałków. Mój ulubiony czyli „Freak on a Leash” jeszcze brzmiał jako tako, ale „Uncoming” to pomyłka. Może niektórym się to podobać – grają nowocześnie i z przytupem. Jednak kiedyś grali lepiej. I szkoda, że teraz tego nie słychać. Davis w swoich licznych odejściach szukania nowych brzmień zabrnął chyba za daleko. Przynajmniej jak dla mnie.

Ściemniło się, nowe deszczowe chmury ściągnęły nad Warszawę, ale nie zmieniło to już najważniejszego faktu – R+ wszedł na scenę. Kurtyna rozpadła się na kawałki i pojawili się oni w swoim show, które już widzieliśmy tyle razy, że mogłoby zbrzydnąć. Jednak tak nie jest i nadal jest to coś tak niesamowitego i dającego moc w żyły, że jest to fenomen na skalę światową. Dobór kawałków, scenografia oraz efekty specjalnie  nie były nowe, poza jednym momentem, ale o nim później. Była zatem masa ognia – przy „Feuer frei!”, „Asche zu Asche” czy „Mein Teil”, chóralnych śpiewów (nieśmiertelny „Du Hast”) oraz ganiania klawiszowca by potem w kilku odsłonach próbować go zabić. Rammstein niby nic nowego nie pokazuje, ale robi to z takim mistrzostwem, że zawsze jest to miłe do oglądania. Ostatnia płyta wprowadziła trochę obsceny w występ – ogromny penis na „Pussy” czy gwałcenie chuderlaka na „Buck Dich” na platformie. Rzewnie było na „Ohne dich” – obowiązkowy jak dla mnie punkt programu. I wreszcie na koniec coś innego i przez to niezwykle cennego – wykonanie „Mein Herz Brennt” przy pomocy pianina i śpiewu Tila. Naprawdę wyszło super i pokazało, że wiele jeszcze w twórczości R+ miejsc, które można pokazać inaczej i podziwiać z innej strony.

Klasycznie zabrakło „Engela”, płonących skrzydeł, płonącego płaszcza i wielu innych płonących rzeczy. Może przy następnym koncercie. Taki będzie z całą pewnością, bo publika kocha Niemców a oni wiedzą o tym. I sami cieszą się, że mogą tu zagrać. A tak przynajmniej widzę to ja i nie zmienię swojego punktu widzenia. Warto było zmoczyć się i stać kilka godzin by znów usłyszeć jak płonie serce. Warto.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)